Kulawa kultura 46/2025(750)

 Obecnie, w kulturze obowiązuje demonstrowanie jej braku. Nieśmiałe próby okazywania jej mimo wszystko, wymagają odwagi. Niebezpiecznie jest być wolnym wśród zdeklarowanych niewolników, nawet takich zniewolonych modą. Bezpieczniej jest pozować na niechlujnego obdartusa obwieszczając tym pogardę, wszystkimi, którzy na ciebie patrzą. Fajna fajność polega jednak na tym, żeby się wyróżniać. Dobrze jest na przykład być najgrubszą i najszpetniejszą babą, bo to zapewnia oglądalność w mediach.

 Kultura słowa kieruje się nieco innymi kryteriami. Nie chodzi mi o komunikację „elyt”, bo te wiadomo używają „q” jako przerywnika między wszystkimi innymi wulgaryzmami. Pozostali, żeby zostać zauważeni w internecie muszą swoje wypowiedzi zaczynać słowami kluczowymi, takimi jak: szok, przerwał milczenie, geniusz, trucizna, nie do wiary, rewelacja, premier oniemiał, świat zaniemówił itp.

 Ale czy zajmowanie się kulturą, albo jej brakiem ma jeszcze sens? Może jednak nie czas żałować róż, gdy płoną lasy?

„Do boju Polsko” 45/2025(749)

Niezależnie od tego jak oficjalnie partie się nazywają i co wyprawiają, obywatele naszego kraju dzielą się na trzy kategorie: zwykłych Polaków, którym wystarczy jednoznaczny przekaz prezydenta, że Polska jest najważniejsza; takich nieinteresujących się polityką i nieświadomych tego, że polityka interesuje się nimi, oraz prawdziwych Europejczyków, jak sami lubią się nazywać.

Ta ostatnia grupa ma szczególnie pod górkę, bo jej przedstawiciele, pilnie śledzą „przekazy dnia”, mimo to zawsze mogą się potknąć. Nigdy nie mają pewności, czy powinni kochać nachodźców, czy szanować polskich żołnierzy, jaką wywieszać flagę, prócz unijnej, oczywiście. Jednego dnia jest to tęczowa, a następnego biało-czerwona. Czy już czas na niemiecką, czy jeszcze za wcześnie?

Szef rządu może sobie pozwalać na codzienne komunikaty wykluczające się wzajemnie. Jego poddani też mogą pleść trzy po trzy i dawać wiarę temu. Głupota jest nawet pożądana, bo może w świecie wyrabiać opinię negatywną ogółowi Polaków. Jedyne, czego musi wystrzegać się prawdziwy Europejczyk, to podejrzenia, że nie dość jest oddany lokajowi Europy. W ramach podlizywania się komu trzeba, służby Kierwińskiego zakazały na stadionie oprawy „Do boju Polsko”. Została za to wyświetlona na fasadzie Pałacu Prezydenckiego!

Wiara w duchy

– Myślisz, że „Oszczędnością i pracą ludzie się bogacą”? – spytała Małgorzata.
– Oszczędnością, powiadasz? Oszczędność wyszła z mody. Wystarczy zobaczyć co ludzie wyrzucają, a co kupują – odparł Duch. – Wygląda jakby wyrzucano to, co cenne, by kupować śmiecie.
– Rzeczywiście. A może, w takim razie, zgodnie z duchem czasu, należało by mówić: „Korupcją i zdradą ludzie się bogacą”?
– Pewnie. To wypróbowana metoda. Tylko ona daje nadzieję przyszłym rozbiorcom Polski.
– Nawet tak nie mów.
– Dobrze, że wreszcie zdecydowałaś się na bezpośredni kontakt ze mną.
– Nie rozumiem.
– O tym porozmawiamy później.
– Jak chcesz – zgodziła się Małgorzata. – A wracając do tego zmodyfikowanego porzekadła, zobacz jakimi furami jeżdżą biedni, niezależni sędziowie.
– Nic dziwnego, że utajnili swoje lewe majątki. Na tym polega postęp wymiaru sprawiedliwości.
‒ A konkretnie na czym, na jawności bezprawia?
‒ Dobrze kumasz – pochwalił ją Duch – Nikt by wojen nie wywoływał, gdyby nie spodziewał się korzyści.
– Ale dawniej trzeba się było wysilać, żeby napaść jakoś uzasadnić.
‒ Dziś to zbyteczne, bo ludzie skłonni są uwierzyć w każdą bzdurę. Przestali wierzyć w Boga, ale nie w duchy, czy zabobony, a już nie wspomnę TVN i Gazety Wyborczej.
‒ Duchy, powiadasz…
‒ Nasze położenie geopolityczne w sferze zwarcia nie pozostawia nam wyboru. Stale jesteśmy narażeni na wojny.
‒ Na tym polega, między innymi, dozgonna miłość niemiecko-rosyjska z upragnioną granicą pokoju na Wiśle – przyznała Małgorzata.– Powiesz mi w końcu co miałeś na myśli mówiąc, że wreszcie zdecydowałam się na kontakt bezpośredni z tobą?
‒ Tak. Podejrzewałem, że boisz się duchów.
– Najpierw w duchy trzeba wierzyć, a później można się ich bać, albo nie.
– Rozumiem, że ty wierzysz, ale się nie boisz.
– Wierzę w ducha czasu, co do innych nie będę się wypowiadała – stwierdziła Małgorzata.

Dzień bez… 44/2025(748)

Po uroczystościach 11 listopada, czyli Dniu Niepodległości mogliśmy się poczuć dumni, że jesteśmy Polakami. Nasz prezydent Karol Nawrocki upewnił nas, że jesteśmy u siebie i powinniśmy robić to, co dla naszego kraju jest ważne, nie oglądając się na wrogów za wschodnią i zachodnią granicą.
Na miejscu honorowym zabrakło naczelnego folksdojcza kraju. Trzeba zrozumieć, że akurat w tym dniu poczuł się pewnie bardziej obywatelem Wolnego Miasta Gdańsk, a może Generalnej Guberni.
I bardzo dobrze. Tylko o czym, albo raczej o kim tu pisać? Satyra bez błazna blednie. Cóż za pustka – dzień bez Tuska!

Doktor Donalda

Przychodzi baba do lekarza, a tu tłum pacjentów.
– Kto z państwa ostatni? – pyta.
– Pielęgniarka wyczytuje po imieniu – odpowiada uprzejmie młoda kobieta.
– Alfabetycznie?
– Tego nikt nie wie.
– Jeśli tak, to jako Zofia, mam przechlapane – baba przycupnęła na ostatnim wolnym krześle.
‒ Jako Anna mam szanse być pierwsza – mówi ta co poprzednio, młoda kobieta.
‒ Jeśli nie ma tu co najmniej tuzina pań o tym imieniu – wtrąca starszy mężczyzna.
‒ Wszyscy państwo na pewno do doktora Donalda? – próbuje się upewnić Zofia.
‒ Lekarz ma nazwisko – zauważa złośliwie mężczyzna w sile wieku.
‒ Jak my wszyscy – odpowiada Zofia – ale, z tego co pamiętam, tu używa się wyłącznie imion.
‒ Takie są przepisy unijne – wyjaśnia ten sam mężczyzna.
‒ A czemu mają służyć?
‒ Jakby każdy znał pani nazwisko, to mógłby panią okraść.
‒ Anonimowych osób złodzieje nie okradają?
Nikt nie kwapi się z wyjaśnieniem unijnej zagadki.
‒ To ten nowy lekarz, prawda? ‒ upewnia się Zofia.
‒ Prawda – przyznaje ten co poprzednio starszy pan – Nikt go chyba jeszcze nie widział, chociaż jego nazwisko zdaje mi się znajome.
‒ Dlatego pytałam, czy to doktor Donalda.
‒ Leczy samego premiera? ‒ zainteresował się znawca unijnego prawa.
‒ Raczej mu służy. To ten, który wydał opinię na przekór wszystkim onkologom, że były Minister Sprawiedliwości jest zdrów jak ryba. Można zamknąć go w areszcie wydobywczym na tak długo, aż przyzna się do wszystkich stawianych mu zarzutów.
‒ To ja już sobie pójdę – nieoczekiwanie oświadczył mężczyzna w sile wieku.
W chwilę później pozostali pacjenci poszli w jego ślady.
‒ Pani zostaje? – spytał starszy pan, kiedy zostali z Zofią tylko we dwoje.
‒ Tak. Przypuszczam, że taki lekarz w ogóle nie istnieje. A jeśli ktoś się za niego podaje, to mało prawdopodobne, żeby chciało mu się pracować w przychodni.