Ulice i kamienice 27/2021 (522)

Niemcy niszczyli Warszawę z pełną premedytacją i niemieckim perfekcjonizmem ulica po ulicy, dom po domu, a Rosjanie stali po drugiej stronie Wisły i cierpliwie czekali aż nie zostanie kamień na kamieniu. Kiedy było po wszystkim, wkroczyli na gruzowisko udając wyzwolicieli i żądając hołdów wdzięczności „należnych” nowemu okupantowi.
Polacy z mozołem odbudowali stolicę a teraz okazuje się, że to wcale nie Niemcy ją zniszczyli, a naziści nieznanej bliżej narodowości, obecnie w domyśle – Polacy. Skoro zniszczyli, to niech płacą, ale komu? No przecież nie sobie. Przy tych polskich ulicach stały również żydowskie kamienice. Dobrze, że je Polacy odbudowali, ale niech je teraz oddadzą prawowitym uzurpatorom, czyli organizacjom żydowskim, bo jak nie, to zostaną napiętnowani jako najwięksi w dziejach świata antysemici. Zresztą po co to weryfikować, skoro i tak, jak twierdzą żydzi, antysemityzm wyssaliśmy z mlekiem… Analogicznie oni wyssali wredny antypolonizm wynikający z naszej tolerancji dla nich.
Prezydent Warszawy już wcześniej zabrała się w podskokach do zaspakajania roszczeń żydowskich i tylko zmiana na tym stanowisku przerwała (oby nie chwilowo) ten proceder. Przykładowo, mieszkańcy domu przy ulicy Kruczej dostali wezwania sądowe w sprawie „reprywatyzacji” budynku, w którym powykupowali swoje mieszkania wybudowane od fundamentów w roku 1960. Sędzia wierząca w autentyczność oświadczenia jakiegoś stuczterdziestolatka nie miałaby najmniejszych skrupułów odbierając mieszkania ich właścicielom. Co innego, jeśli chodzi o budynek po drugiej stronie ulicy, tam o roszczeniach mowy być nie może, bo zdążył go już „wykupić” Kulczyk za drobne pieniądze uciułane z pensji.
Teraz okazuje się, że ustawowe uporządkowanie spraw własnościowych w Polsce zagraża żywotnym interesom Izraela, a nawet samych Stanów Zjednoczonych. Ciekawe jak będziemy się wykupowali z tego wszystkiego, bo że jesteśmy winni wszelkim nieszczęściom świata, to już każdy wie.


https://mtodd.pl/?wysija-page=1&controller=email&action=view&email_id=446&wysijap=subscriptions

Autorzy znani i nieznani 26/2021 (521)

Lubimy myśleć, że jesteśmy odporni na natrętną ideologię i słusznie – na natrętną pewnie tak, ale co ze zwykłą plotką? Czy też jesteśmy odporni? Najlepiej posłużyć się własnym przykładem. Znajomy pożyczył mi książkę ulubionego przeze mnie autora i wspomniał mimochodem, iż ów autor splamił się był pisaniem między innymi o Leninie i Stalinie. Znajomy twierdził, że widział na własne oczy dzieła tego autora uwzględniające „dorobek” tych ikon komunizmu. Nie miałam powodu mu nie wierzyć. Tą informacją zepsuł mi jednak nieco apetyt na lekturę. Zaczęłam się zastanawiać, co by było, gdyby ów autor na taką współpracę się nie zgodził. Był wszakże ceniony wcześniej, czyli przed wojną. Z jakich pobudek to zrobił? Zakładam, że nie osobistych. Gdyby jego dzieła nie ukazały się w PRL, to czy w ogóle miałabym szanse je poznać?
Odwieczny dylemat – iść na współpracę i pokazać, co się ma do powiedzenia, czy zamilknąć? „Dzięki” globalizacji kłopot ten znika. Teraz możesz mówić wszystko i tak nikt, albo prawie nikt, cię nie usłyszy. Gdybyś przypadkiem mówił mądrze, to co najwyżej możesz doznać wyróżnienia takiego, jak prezydent USA, którego ocenzurował byle dupek zarządzający maszynerią internetową. Jeśli nie masz nic do powiedzenia, ale jesteś gadułą z rozbuchanym ego, to masz szanse przydać się lewactwu i stać się szeroko znany.
A co gdybyś napisał genialny scenariusz filmowy? Masz jak w banku to, że nikt go nie zrealizuje. Im lepszy, tym mniejsze szanse zaistnienia. Napisz więc może powieść. Wydaj ją w tylu egzemplarzach ilu masz znajomych i rozdaj. Może ktoś przeczyta. Jak się to ma do polityki kulturalnej naszego państwa? Nijak, bo ona po prostu nie istnieje. Starych „elit” żaden urzędnik nie ruszy, bo po co mu ten kłopot?


https://mtodd.pl/?wysija-page=1&controller=email&action=view&email_id=444&wysijap=subscriptions

Wielopłciowe wiedźmy 25/2021 (520)

Pandemia ma przerwę wakacyjną, ale żeby nam się nie nudziło, wymyślono właśnie miesiąc dumy z czterech liter, który zgodnie z nowoczesną logiką ma potrwać co najmniej trzy miesiące i zastąpić przestarzałe już „parady równości”. Bo jaka tam równość!? Bycie dewiantem, to przecież powód do dumy z poczucia wyższości, nie równości. Przypomina się stary dowcip o skuteczności terapii psychologicznej. Pacjent nie przestał się moczyć w nocy, ale zaczął być z tego powodu dumny.
Kłopot organizatorów widowisk z dziwolągami polega na tym, że nie ma skąd brać prawdziwych homoseksualistów, bo nie są oni wcale zainteresowani rozgłosem. Kilkudziesięciu przebierańców wożonych z miasta do miasta i pokazywanych na jarmarkach jako wielopłciowe wiedźmy, opatrzyło się wszystkim. Kuglarze stali się zawodowcami, prezentując taki właśnie sposób na życie. Podobno żadna praca nie hańbi, ale czy obecnie jeszcze cokolwiek hańbi? Na pewno nie kłamstwo, którego nikt się już nie wstydzi. Za idiotów zaczynają być brani ci, którzy mówią prawdę.
My, Polacy wstydzić się powinniśmy jedynie cudzych grzechów. Usilnie próbuje się nam zaszczepić kompleksy wobec prześladowanych kiedyś i nie przez nas homoseksualistów, murzynów, czy rzekome czarownice. Pamiętajmy, że to protestanci, a nie katolicy palili czarownice na stosach!


https://mtodd.pl/?wysija-page=1&controller=email&action=view&email_id=443&wysijap=subscriptions

Oświeceni i ciemnota 24/2021 (519)

Podział na dwie grupy: tych młodych, wykształconych z dużych miast i starą ciemnotę ze wsi, stale obowiązuje, chociaż przybiera różne formy. W czasie przeszłym ci pierwsi musieli się wykazać wiarą w „pancerną brzozę”. Tę wiarę ułatwiało wykształcenie młodych, w tym wypadku z fizyki.
Czasy się zmieniły, ale podziały zostały. Teraz dzielimy się na tych oświeconych z paszportami poszczepiennymi i pozostałych. Zaszczepieni, niezależnie od wykształcenia i miejsca zamieszkania, należą oczywiście do grupy pierwszej, a pozostali do podrzędnej.
Przyszłość zapowiada się równie promiennie. Na razie nieśmiało, ale coraz wyraźniej, zaznaczany jest podział na (jaśnie) oświeconych i ciemnotę w sferze finansów. Zaczyna się nam wmawiać, że człowiek nowoczesny gotówki w kieszeni nie nosi. Jest ona jeszcze tolerowana ze względu na ciemnotę, która nie umie posługiwać się kartą płatniczą, jakby to wymagało szczególnych kwalifikacji.
To taki wstęp do podążania chińską drogą rozliczeń bezgotówkowych. Przedstawi się nam wiele „korzyści”, które z tego wynikną. Oto przykład pierwszy z brzegu. Będzie można resocjalizować alkoholików. Ich kart płatniczych nie zaakceptują czytniki przy zakupie alkoholu. Czyż to nie piękne? Idąc dalej tą drogą, ktoś będzie decydował, co nam wolno kupić. Sklepy z żółtymi firankami, z czasów głębokiego PRL-u, w nowej odsłonie? Nie zupełnie. Wówczas wszystkiego brakowało, a teraz wszystkiego mamy nadmiar. Postępowy komunizm na miarę dwudziestego pierwszego wieku będzie zmuszał do kupowania tego, co zażyczą sobie lobbyści. Gdyby chcieli nas wytruć, to kto im zabroni?


https://mtodd.pl/?wysija-page=1&controller=email&action=view&email_id=442&wysijap=subscriptions

Macochy 23/2021 (518)

Z okazji minionego właśnie „Dnia dziecka” warto pomyśleć o losie najmłodszych. Zanim takie słowa jak ojciec i matka zostaną ostatecznie wykreślone ze słownika, jako niepoprawne politycznie, przypomnijmy, że jeszcze istnieją, przynajmniej teoretycznie, chociaż już pewnie zapomniane, określania takie jak: macocha i ojczym.
Macochy nigdy nie cieszyły się sympatią. Dlaczego? A no, ojciec rodziny kiedy przedwcześnie owdowiał, żenił się ponownie, żeby miał kto zająć się jego potomstwem. Z nowego związku rodziły się nowe dzieci. Nowa żona kochała bardziej własne, niż niewłasne, które czuły się opuszczone. Ambicją komunistów było wyhodowanie „nowego człowieka”. Miał on różnić się od tego zwykłego między innymi tym, że będzie kochał i nienawidził tych, których trzeba, a nie po własnym uważaniu, czyli tych, co sobie na jego uczucia zasłużyli.
Co się zatem stało z macochami i ojczymami? Czyżby zabrakło osób określanych tym mianem? Nie. Nastąpiła tylko zmiana znaczenia słów. Zastąpiły je określenia takie jak „ciocie” i „wujkowie”. Teraz przyszedł kolejny etap: „rodzice” odpowiednio ponumerowani. Może gdyby dobrze policzyć, okazałoby się, że na przeciętne dziecko przypada co najmniej dwie macochy i tyluż ojczymów. To widoma oznaka triumfu neokomuny. Przy zamianie „walki klas” na „walkę płci”, los dzieci dramatycznie uległ pogorszeniu i żadne wypieranie słów tego nie naprawi. No, może „multi-kulti”, jeśli weźmiemy przykład z muzułmanów. Tam każde dziecko przychodzi na świat w „dużej rodzinie”, a sierocińce, podobnie jak „rodziny zastępcze” nie są potrzebne, bo wszystkie dzieci są wspólne.


https://mtodd.pl/?wysija-page=1&controller=email&action=view&email_id=441&wysijap=subscriptions