Rodzina po szwedzku 1/2018 (342)

Zniesmaczona sylwestrowym badziewiem, obejrzałam nazajutrz szwedzki film i jestem pod wrażeniem, nie tyle kunsztu warsztatowego, co fabuły, bo nie od dziś wiadomo, że Szwedzi kryminały robić umieją. Co prawda, chyba nic nowego w tym gatunku nie da się już wymyślić. Najczęściej twórcy brną w okrucieństwo i seks, pomijając inne aspekty. Film zatytułowany „Hipnotyzer” z 2012 r. na szczęście z tym nie przesadza. Opowiada on historię mordu na typowej szwedzkiej rodzinie. Nie należy się nawet dziwić, że w filmie nie ma muzułmanów, stanowiących znaczną, ale obcą etnicznie populację obywateli tego skandynawskiego kraju. Prawda o tak zwanych uchodźcach, jest oczywiście zakazana, a zatem film o nich traktujący musiałby już w założeniu być fałszywy, a dobry film nie może jawić się jako zakłamany.
Prowadzącego śledztwo wcale nie dziwią takie oto fakty: Małżeństwo, które padło ofiarą mordu, w przeszłości było niezadowolone ze swojej pierworodnej córki, oddało ją więc do adopcji jakiejś obcej rodzinie. Sami byli jednak ludźmi tak „zacnymi”, że adoptowali chłopca, którego matce sąd odebrał prawa rodzicielskie. O ojcu chłopca nic nie wiadomo. Przypuszczalnie dociekliwość detektywa w tej sprawie, byłaby niepoprawna politycznie.
Wniosek nasuwa się taki: postęp w Szwecji wzniósł się na takie wyżyny, że dzieci traktuje się jak zabawki, które można zwrócić, gdy przestają się podobać. A może taka dowolna wymiana dzieci ma jakieś uzasadnienie ekonomiczne? Może za adoptowane dziecko otrzymuje się pieniądze, a własne niechciane, można oddać za darmo?
Islamiści nie integrują się ze Szwedami, to jasne. Ale czy w świetle takiego „postępu” można im to mieć za złe? Zaczynam mieć wątpliwości.

Emocje 52/2017 (341)

Kiedy wsiadałam do metra, jakiś młody mężczyzna popchnął mnie, z sobie tylko znanych powodów i jakby tego było mu mało, obrzucił mnie wulgarnymi obelgami. Ach, z jaką przyjemnością strzeliłabym go w pysk! Wyobrażacie sobie co by się później działo? Ja sobie wyobraziłam i jednak nie poszłam za głosem serca, tylko rozumu i sprawę zignorowałam, nie dając ujścia szczerym uczuciom.
Czy zatem należy obywać się bez emocji? Każdy, kto kiedykolwiek próbował coś ugotować, wie, że bez szczypty soli, pieprzu, czy cukru potrawa jest niesmaczna. Taka szczypta emocji, szczypta jednak nie garść, nadaje życiu smak. Przesada bywa groźna, ale do niej właśnie usilnie jesteśmy namawiani. Już starożytni Grecy wpadli na pomysł igrzysk i nic się od tamtej pory nie zmieniło. Zawody sportowe dają upust ekscytacjom, dlatego stały się oczkiem w głowie telewizji. Inne programy też nasącza się pozbawionymi refleksji emocjami bez umiaru. Dyskutanci najlepiej żeby brali się za łby, bo to zwiększa oglądalność. Racje merytoryczne dla motłochu są niezrozumiałe. Filmy najlepiej, żeby ograniczyły się do seksu i przemocy.
Kto chce pretendować do obecnych salonów, powinien wyłączyć rozum i włączyć same egzaltacje. Do lamusa odsyła się, ludzi kulturalnych, którzy potrafią panować nad uczuciami.

My i oni 51/2017 (340)

My jesteśmy uśmiechnięci i życzliwi, bo żyjemy w wolnym kraju i staramy się pomnażać jego dobra. Oni są wulgarni i agresywni, bo czują się niewolnikami, od których nic nie zależy. My wyciągamy do nich rękę, a oni próbują ją kąsać, albo chociaż opluć.
Oni próbują zmieniać znaczenie słów, żeby trudno było się połapać, kiedy kłamią. My przywracamy słowom pierwotne znaczenie. Tolerancja, to dla nas zgoda na czyjeś przywary, póki nie zagrażają naszemu ładowi społecznemu. Oni chcieliby w ramach „tolerancji”, narzucać innym swoje dewiacje.
Skąd bierze się ta różnica? Zwyczajnie – ze stosunku do polskości. My, Polacy, wychowani zostaliśmy w poszanowaniu wolności drugiego człowieka. Polskojęzyczna grupa rozbójnicza nie hołduje żadnym ideałom, liczą się dla nich tylko pieniądze. Szkopuł polega na tym, że nie potrafią ich zdobywać w uczciwy sposób, a nieuczciwy jest bardzo ryzykowny. Nawet kiedy mieli swój wymiar niesprawiedliwości, często pożerali się wzajemnie.
Każdy ma wolną wolę i może przyłączyć się do nas, lub do nich. Do nas bliżej i u nas pewniej.

Koniec „dobrej zmiany”

Teatrzyk Zielony Śledź
ma zaszczyt przedstawić sztukę pt.
Koniec „dobrej zmiany”

Występują: Helga i Wańka.

Helga – Czy ty rozumiesz, o co z tą zmianą premiera chodziło?
Wańka – Jasne. Precz z Kaczorem – dyktatorem!
Helga – Ale to on przecież tej zmiany dokonał.
Wańka – Najwyraźniej nie miał innego wyjścia.
Helga – Długo się opierał.
Wańka – Wreszcie jednak mamy początek końca.
Helga – Czego, konkretnie?
Wańka – Tej ich „dobrej zmiany”.
Helga – Jedna jaskółka wiosny nie czyni.
Wańka – Ale dwie już tak. Wespół, w zespół… Dwóch najważniejszych ludzi w państwie może bardzo dużo.
Helga – Masz na myśli…
Wańka – Tak, waszego człowieka w Warszawie.
Helga – Dlaczego naszego?
Wańka – Taki światowiec wygląda bardziej na waszego, niż naszego, ale mniejsza o nazwę.
Helga – Razem przecież działamy na rzecz obalenia dyktatury w Polsce.
Wańka – Właśnie! Na pohybel Polaczkom!
Helga – Dużo jest jeszcze do zrobienia.
Wańka – Jasne, ale nie wszystko na raz. Resort obrony i wymiar sprawiedliwości są już w naszym zasięgu.
Helga – Jak to zrobimy?
Wańka – Ulica i zagranica będzie odciągała uwagę od naszych działań na zapleczu wroga.
Helga – A propaganda sukcesu uśpi czujność?
Wańka – Dokładnie!
Helga – A co jak się połapią?
Wańka – Będzie już za późno!

KURTYNA

Exposé 50/2017 (339)

Po wysłuchaniu pięknego exposé nowego premiera, można dojść do wniosku, że dobrze się dzieje w Państwie Polskim. Niepokojący był objaw cenzury, jaki zdawał się opanowywać Internet, ale okazał się przejściowy. Każda wiadomość, która miała w tytule krytykę nowego premiera, nie dawała się otworzyć. Wszystko jednak wróciło do normy. Pozostało jedynie pytanie, czemu ta zamiana stanowisk ma służyć?
Wróble ćwierkają coś o posadach w Spółkach Skarbu Państwa – kto nimi dysponuje, ten ma szmal, czy władzę. Jeśli pani premier nie pozwalała się dobierać komuś do tego miodu, to może warto upowszechnić wiedzę o zarobkach i życiorysach szefów tych spółek? Tyle odnośnie do rodzimego podwórka, więcej jednak mówi się o zadaniach zagranicznych nowego premiera.
Jaki to układ zawarł nowy szef starego gabinetu ministrów z „zachodnimi bankierami”, którego nie mogła zawrzeć pani premier? Jeśli jesteśmy rzeczywiście niemałym krajem, który szybko się rozwija, to przecież musimy naruszać czyjeś brudne interesy. Naiwnością byłoby sądzić, że nasz szeryf pokona w pojedynkę całą armię bangsterów, nawet jeśli zaprosi ich na swoje podwórko. Jakie tak naprawdę interesy ma do załatwienia Morgan w Warszawie? Czego musi przypilnować na miejscu?
Kiedyś się pewnie tego dowiemy, tylko czy wówczas ta wiedz będzie jeszcze komuś do czegoś przydatna?