Nie jestem polonistką i zapewne z tego powodu nie rozumiem, w czym słowo „kiedy” jest lepsze od słowa „póki”. W moim rozumieniu „póki” jest bardziej podniosłe, natomiast „kiedy” emocjonalnie neutralne. Takie refleksje naszły mnie, gdy czekałam przed rondem Dmowskiego, żeby się włączyć do Marszu Niepodległości. Przebiegu uroczystości nie będę relacjonowała, bo wszyscy już wiedzą, że żadne prowokacje się nie udały, nie wpuszczono bojówkarzy ze Wschodu ani Zachodu, a tubylcze plemię rozbójnicze samo nie dało rady, bo ledwie zipie. Uroczystość przebiegła w podniosłej atmosferze, czym szczerze zasmuciła Targowicę Totalną. Biedny grafomanek, bijący się w cudze piersi, tym razem „poczuł się zażenowany”. Nie wiadomo czym konkretnie, ale wiadomo w czyim imieniu – uczestników, czyli ćwierć miliona, a niektórzy liczą nawet osiemset tysięcy patriotów z całej Polski!
Służby porządkowe spisały się na medal. Policji pozostaje tylko wytropić i ukarać podpalaczy rac. Nie żeby one komuś, prócz HGW, przeszkadzały, ot takie prawo. Prawo zabrania też wystawiania lewych zwolnień lekarskich, nawet (jeśli nie – szczególnie) tego prawa strażnikom. Mieliśmy zatem do czynienia z niezwykłą epidemią wśród policjantów i cudownym ich wyzdrowieniem. Jeśli wymiar sprawiedliwości nie widzi w tym problemu, to sprawą powinno się zająć w trybie pilnym Ministerstwo Zdrowia.
Polityka (nie)kulturalna 43/2018 (384)
Pewna korespondentka z całą życzliwością usiłowała mi wytłumaczyć, że nie znam historii i nie mam pojęcia, kim był Stalin. Za jego czasów panowała bowiem powszechna szczęśliwość. Gdyby wojnę wygrał Hitler, ta sama osoba nie zmieniłaby zapewne zdania o okresie szczęśliwości, która to szczęśliwość inne by tylko nosiła imię. Nic zatem dziwnego, że zwolennicy PKiN-u mi. Stalina będą go bronili jak… chciałoby się powiedzieć niepodległości, ale niepodległość Polski jest dla nich ostatnią rzeczą, której by bronili.
Czy mamy prawo zatem dziwić się, że włodarze w dużych miastach utrzymują władzę, nawet nie fałszując albo tylko trochę fałszując wybory? Skoro udało się ludziom wmówić, że udowodnione oszustwo ani zwykła głupota nie dyskwalifikują kandydata, to co może go dyskwalifikować?
Tylko patrzeć, jak damy sobie wmówić, że patriotyzm to faszyzm, a faszyzm to brak podziwu dla zboczeńców. Takie przesłanie obecne jest w repertuarze teatralnym i w serialach telewizyjnych. W Teatrze Telewizji pojawia się od czasu do czasu listek figowy w postaci dobrego spektaklu, nadawanego raz, bez powtórek, jakimi cieszą się seriale propagujące zboczenie jako coś nie tylko normalnego, ale niekiedy wręcz pożądanego. Najłatwiej wydawane są pieniądze podatników na działalność antypolską, co staje się normą, której należałoby się wreszcie przeciwstawić.
Jeśli nie weźmiemy się poważnie za kulturę, nie mamy najmniejszych szans na normalne suwerenne państwo, zarządzane przez uczciwych, mądrych ludzi.
Stypendysta
Teatrzyk Zielony Śledź
ma zaszczyt przedstawić sztukę pt.
Stypendysta
Występują: Prezes i Asystent
Asystent: Nie wiem, czy to najlepszy kandydat…
Prezes: Dlaczego?
Asystent: Te jego ekscesy…
Prezes: Jakie? Nic o nich nie wiem. Masz na myśli twórczość czy życie prywatne?
Asystent: To drugie. Chodzi mi o jego upodobania seksualne.
Prezes: Bądźmy tolerancyjni.
Asystent: To już wiesz?
Prezes: Co?
Asystent: Że nie jest gejem.
Prezes: Nie wiedziałem. Myślisz, że mogą z nim być problemy na tym zlocie interdyscyplinarnym?
Asystent: Dziewczyny nie będą przy nim bezpieczne.
Prezes: Nie wszystkie są lesbijkami?
Asystent: Niektóre są początkujące i mogłyby zejść ze słusznie obranej drogi.
Prezes: Rzeczywiście. Ale nie skreślałbym go pochopnie.
Asystent: Nie przesadzaj z tą tolerancją.
Prezes: Ma facet talent i jak się skupi wyłącznie na seksie, to może przekonać młodych ludzi, że nic poza nim nie istnieje. A czy nie o to w końcu nam chodzi?
Asystent: Dokładnie.
KURTYNA
Cudze piersi 42/2018 (383)
GW i pozostałe polskojęzyczne gadzinówki od lat wpajają nam wstyd za niepopełnione przez nas zbrodnie. Biją się w nasze piersi za morderstwa popełniane przez Niemców i Rosjan. Prawie już do tego, choć z bólem, przywykliśmy. Wierni czytelnicy tych gadzinówek wstydzą się w Niemczech, czy we Francji mówić po polsku, a angielskiego, nie wspominając już o arabskim, nie znają. I jak tu uchodzić w tych krajach za pożądanych cudzoziemców!?
Wróćmy zatem do Warszawy. Tu mam zwolenników i przeciwników poglądów, jakie głoszę. Jeden ze stałych przeciwników, który sam pisuje nieskładne przydługie kawałki o niczym, permanentnie wstydzi się za moje pisanie. Ot życie! Pewna wybitna przedstawicielka Stronnictwa Ruskiego, ostatnio łaskawie pochwaliła mnie za krytykę władzy, ale upomniała za niedopuszczalne podważanie kultu Stalina. Jak na ciągłość radzieckiej propagandy przystało, krytyka stalinowskiego pałacu jest z jej punktu widzenia absolutnie niedopuszczalna.
Okazuje się jednak, że bicie się w cudze piersi bywa zaraźliwe, o czym sama mogłam się przekonać. Ja też wstydzę się za warszawian. Wstydzę się za to, że wybrali na włodarzy naszego miasta mafię reprywatyzacyjną, za to, że chcą, żeby rządzili nami przestępcy lub ich sukcesorzy. Czy naprawdę lubimy malwersacje i złodziejstwo generujące tylko krzywdę ludzką?
Szczyt tolerancji
Teatrzyk Zielony Śledź
ma zaszczyt przedstawić sztukę pt.
Szczyt tolerancji
Występują: Dyrektor i Reporterka
Reporterka – Wieść gminna niesie o niezwykłych dokonaniach pani teatru.
Dyrektor – Po prostu staramy się wnosić nieco nowoczesności do tego zacofania cywilizacyjnego.
Reporterka – Jak państwo wpadli na to, żeby zrobić tak odważne przedstawienie dla dzieci?
Dyrektor – Och, ten pomysł podsunął mi dziadek.
Reporterka – No, za jego czasów nie przebierano przecież chłopców za dziewczynki.
Dyrektor – Wówczas, kiedy on piastował stanowisko pierwszego sekretarza partii, to był całkiem inny etap.
Reporterka – Rzeczywiście. Och, nie skojarzyłam pani nazwiska.
Dyrektor – Nie szkodzi.
Reporterka – Mało się mówi o tym przedstawieniu.
Dyrektor – W tym wypadku wystarczą wycieczki szkolne. Nie potrzebujemy rozgłosu.
Reporterka – Rozumiem. Rodzice mogliby protestować.
Dyrektor – Właśnie. Są nadal zbyt zacofani, żeby rozumieć na czym polega prawdziwa tolerancja.
Reporterka – Coś o tym słyszałam, o tej waszej nadzwyczajnej tolerancji.
Dyrektor – Tak? A co?
Reporterka – Macie podobno w zespole nawet… Jakby to powiedzieć…
Dyrektor – Śmiało. Wiem, że to szokujące, ale inne teatry będą nam jeszcze tego zazdrość.
Reporterka – Nie jestem pewna, czy to samo mamy na myśli…
Dyrektor – Dobrze, sama więc to powiem, żeby uciąć wszelkie spekulacje. Tak, jedna z naszych aktorek nie kryje swojej sympatii dla PiS!
Reporterka – Każdy inny teatr dawno by ją wyrzucił.
Dyrektor – Właśnie! A my ją nadal zatrudniamy.
Reporterka – Rozumiem, że do teraz. Wygraliśmy przecież wybory w Warszawie i już taki listek figowy nie jest potrzebny.
Dyrektor – Racja. Ale możemy ją pokazywać jako ciekawy okaz z dawnej epoki.
Reporterka – I dowód super tolerancji.
Dyrektor – Dokładnie, a zarazem relikt niedoszłej w teatrze „dobrej zmiany”.
KURTYNA