– Mam dla pana dobre nowiny – powiedziała Ministra.
– Nasz projekt przeszedł? – Leszek nie krył zadowolenia.
– Nie od razu. Musieliśmy zwołać komisję ekspertów, co wymagało czasu i dużych nakładów finansowych.
– Ale opłacało się, jak się domyślam?
– O, tak! To produkt przyszłości. Każdy będzie chciał mieć takie nowatorskie urządzenie.
– Kiedy zaczynamy produkcję?
– To trudno powiedzieć.
– Jak to?
– Projekt ma niestety zasadniczą wadę.
– Jak to! Jaką?
– Jest polski.
– Nie rozumiem.
– Już wyjaśniam. Unia Europejska musiałaby zakazać produkcji, chyba że…
– Że co?
– Że byłby to produkt przodującej gospodarki europejskiej.
– Czyli niemieski?
– Właśnie. Trzeba całą dokumentację wdrożeniową przekazać solidnej niemieckiej firmie, która na pewno zgodzi się na to, żeby jakieś podzespoły produkowane były w Polsce.
Atrybut awansu 41/2025(745)
Gdzie, jak gdzie, ale na dworcu kolejowym duży i punktualny zegar jest wyjątkowo potrzebny, bo może zabraknąć nawet paru sekund na sprawdzenie czasu w komórce. Ale i tu Bążurek odnosi sukces. W ramach powszechnego wprowadzania chaosu, na dworcu Gdańskim zegary od roku pokazują godziny obowiązujące może w Moskwie, albo Berlinie, ale na pewno nie w Warszawie.
Od czasu wynalezienia zegarów, ludzkość poczyniła ogromny postęp. Prócz tych na wieżach kościelnych, zaczęto produkować domowe, a z czasem kieszonkowe, na które stać było tylko bogatych. Później zegarek na przegubie dłoni stał się popularny, bo wygodny, a ponadto nadal stanowił widomy znak dostatku. Radzieccy „oswobodziciele” najchętniej wyzwalali Polaków z tego atrybutu „pańskości”, nosząc po kilka zegarków na ręku. Taki specjalny znak przynależności do „klasy robotniczej”.
Zdawać by się mogło, że w dobie smartfonów zegarek na ręku wyjdzie z mody. Nic podobnego. Im wyżej jesteś w hierarchii władzy, zwłaszcza mafijnej, tym droższy musisz nosić zegarek. Możesz nie znać się na niczym, musisz tylko umieć odróżnić drogi zegarek od taniej podróbki.
Żurek dla Bążurka
– Jeden żurek – powiedziała kelnerka do bufetowej.
– Dla tego, tam w rogu?
– A jaka to różnica, dla kogo?
– Niby żadna, ale wiesz kto to jest? – nie czekając
na odpowiedź dodała – To sam Bążurek.
– Ten, co to prawie został naszym prezydentem?
– Jest naszym prezydentem. Żyjemy przecież w
stolicy.
– To dawaj ten żurek. Nie możemy przecież kazać
mu czekać.
– Żurek dla pana – powiedziała kelnerka.
– Nie zamawiałem żadnej zupy.
– Nie?
– Pytałem tylko czy Żurek już jest.
– No jest. Ale to co? Mam zabrać?
– Zabrać. O, jesteś – powiedział Bążurek na widok
wchodzącego mężczyzny.
– Wszystko udało się załatwić jak chciałeś –
powiedział Prokurator Generalny.
– Ten dom będzie mój? .
– Nie tylko ten. Twoja poprzedniczka dobrze
kombinowała. W Argentynie zawsze znajdzie się jakiś
stupięćdzfesięciolatek, który przypomni sobie, że miał
kamienicę w śródmieściu Warszawy.
– Tylko jak trafi na inną sędzię, albo ta…
– Nie trafi! A ta jest wystarczająco „umoczona”,
żeby odważyła się nie powtórzyć numeru. Co ci będę
tłumaczył, wiesz przecież jak działa system.
Czwarty czwartek 40/2025(744)
Obiady czwartkowe u króla Stasia odbywały się niespełna dwieście pięćdziesiąt lat temu. Miały one na celu ocalić od zapomnienia polski dorobek kulturalny. Po utracie własnego, suwerennego państwa, tylko to nam zostało. Wówczas ciemny lud, czyli ogromna część społeczeństwa pracowała na to, żeby na stołach było dostatnio, nie mając jednocześnie dostępu do dóbr ku ltury, którymi się raczono tylko przy tym pańskim stole.
Paradoksalnie, jesteśmy w podobnej sytuacji. Przesyt, podobnie jak niedosyt, dalekie są od optymalizmu, czyli zaopatrzenia wszystkich w strawę dla ciała i dla ducha. Czy mamy do czynienia z cenzurą kultury? Zapewne tak. A czy protestujemy? Nieliczni z nas to czynią. W dobie przesytu dóbr byle jakich, większość z nas często je co popadnie, nie zauważając nawet co i ogląda w TV i internecie byle co. Papka dla ciała i umysłu. Czy jest jakieś wyjście z tej sytuacji? Chętnie bym się spotkała, żeby o tym (i nie tylko o tym) porozmawiać.
Pragnę obwieścić, że w każdy czwarty czwartek miesiąca o godzinie czwartej zamierzam się spotkać z każdym, kto będzie sobie tego życzył. Miejsce spotkania podam tylko zainteresowanym.
Neo-sprawiedliwość
– Jestem posłanką i…
– Wiem – przerwał jej Krupniczek. – W Sejmie
wszyscy są posłami.
– Nie wszyscy. Bywają też…
– Dziennikarze – powiedział, kolejny raz nie
pozwalając jej skończyć zdania.
– Nie licząc neodziennikarzy – stwierdziła i
czekała na jego komentarz, ale tym razem milczał,
więc dodała – pan jest neo… chciałam powiedzieć
ministrem.
– Do rzeczy, o co chodzi?
– O wyznaczenie sędziów do mojej sprawy.
– O co jest pani oskarżona?
– Nie jestem oskarżona, to sprawa spadkowa.
Chodzi o duże pieniądze.
– Jak duże?
– Napewno nie mieszczące się w pojedynczej
kopercie.
– Do czego pani pije?
– Skojarzyło mi się z naszym sławnym
kopertologiem, trzeciej osobie w państwie…
– Z jakiej jest pani partii?
– Z naszej oczywiście. Wiem, że to była taka niby
afera zmontowana przez naszych wrogów. To ile
powinno się znaleźć w kopertach dla naszych
bezstronnych sędziów?
– Więcej niż w tych, które przyniesie konkurencja
do pani spadku.