Wiara w duchy

– Myślisz, że „Oszczędnością i pracą ludzie się bogacą”? – spytała Małgorzata.
– Oszczędnością, powiadasz? Oszczędność wyszła z mody. Wystarczy zobaczyć co ludzie wyrzucają, a co kupują – odparł Duch. – Wygląda jakby wyrzucano to, co cenne, by kupować śmiecie.
– Rzeczywiście. A może, w takim razie, zgodnie z duchem czasu, należało by mówić: „Korupcją i zdradą ludzie się bogacą”?
– Pewnie. To wypróbowana metoda. Tylko ona daje nadzieję przyszłym rozbiorcom Polski.
– Nawet tak nie mów.
– Dobrze, że wreszcie zdecydowałaś się na bezpośredni kontakt ze mną.
– Nie rozumiem.
– O tym porozmawiamy później.
– Jak chcesz – zgodziła się Małgorzata. – A wracając do tego zmodyfikowanego porzekadła, zobacz jakimi furami jeżdżą biedni, niezależni sędziowie.
– Nic dziwnego, że utajnili swoje lewe majątki. Na tym polega postęp wymiaru sprawiedliwości.
‒ A konkretnie na czym, na jawności bezprawia?
‒ Dobrze kumasz – pochwalił ją Duch – Nikt by wojen nie wywoływał, gdyby nie spodziewał się korzyści.
– Ale dawniej trzeba się było wysilać, żeby napaść jakoś uzasadnić.
‒ Dziś to zbyteczne, bo ludzie skłonni są uwierzyć w każdą bzdurę. Przestali wierzyć w Boga, ale nie w duchy, czy zabobony, a już nie wspomnę TVN i Gazety Wyborczej.
‒ Duchy, powiadasz…
‒ Nasze położenie geopolityczne w sferze zwarcia nie pozostawia nam wyboru. Stale jesteśmy narażeni na wojny.
‒ Na tym polega, między innymi, dozgonna miłość niemiecko-rosyjska z upragnioną granicą pokoju na Wiśle – przyznała Małgorzata.– Powiesz mi w końcu co miałeś na myśli mówiąc, że wreszcie zdecydowałam się na kontakt bezpośredni z tobą?
‒ Tak. Podejrzewałem, że boisz się duchów.
– Najpierw w duchy trzeba wierzyć, a później można się ich bać, albo nie.
– Rozumiem, że ty wierzysz, ale się nie boisz.
– Wierzę w ducha czasu, co do innych nie będę się wypowiadała – stwierdziła Małgorzata.

Dzień bez… 44/2025(748)

Po uroczystościach 11 listopada, czyli Dniu Niepodległości mogliśmy się poczuć dumni, że jesteśmy Polakami. Nasz prezydent Karol Nawrocki upewnił nas, że jesteśmy u siebie i powinniśmy robić to, co dla naszego kraju jest ważne, nie oglądając się na wrogów za wschodnią i zachodnią granicą.
Na miejscu honorowym zabrakło naczelnego folksdojcza kraju. Trzeba zrozumieć, że akurat w tym dniu poczuł się pewnie bardziej obywatelem Wolnego Miasta Gdańsk, a może Generalnej Guberni.
I bardzo dobrze. Tylko o czym, albo raczej o kim tu pisać? Satyra bez błazna blednie. Cóż za pustka – dzień bez Tuska!

Doktor Donalda

Przychodzi baba do lekarza, a tu tłum pacjentów.
– Kto z państwa ostatni? – pyta.
– Pielęgniarka wyczytuje po imieniu – odpowiada uprzejmie młoda kobieta.
– Alfabetycznie?
– Tego nikt nie wie.
– Jeśli tak, to jako Zofia, mam przechlapane – baba przycupnęła na ostatnim wolnym krześle.
‒ Jako Anna mam szanse być pierwsza – mówi ta co poprzednio, młoda kobieta.
‒ Jeśli nie ma tu co najmniej tuzina pań o tym imieniu – wtrąca starszy mężczyzna.
‒ Wszyscy państwo na pewno do doktora Donalda? – próbuje się upewnić Zofia.
‒ Lekarz ma nazwisko – zauważa złośliwie mężczyzna w sile wieku.
‒ Jak my wszyscy – odpowiada Zofia – ale, z tego co pamiętam, tu używa się wyłącznie imion.
‒ Takie są przepisy unijne – wyjaśnia ten sam mężczyzna.
‒ A czemu mają służyć?
‒ Jakby każdy znał pani nazwisko, to mógłby panią okraść.
‒ Anonimowych osób złodzieje nie okradają?
Nikt nie kwapi się z wyjaśnieniem unijnej zagadki.
‒ To ten nowy lekarz, prawda? ‒ upewnia się Zofia.
‒ Prawda – przyznaje ten co poprzednio starszy pan – Nikt go chyba jeszcze nie widział, chociaż jego nazwisko zdaje mi się znajome.
‒ Dlatego pytałam, czy to doktor Donalda.
‒ Leczy samego premiera? ‒ zainteresował się znawca unijnego prawa.
‒ Raczej mu służy. To ten, który wydał opinię na przekór wszystkim onkologom, że były Minister Sprawiedliwości jest zdrów jak ryba. Można zamknąć go w areszcie wydobywczym na tak długo, aż przyzna się do wszystkich stawianych mu zarzutów.
‒ To ja już sobie pójdę – nieoczekiwanie oświadczył mężczyzna w sile wieku.
W chwilę później pozostali pacjenci poszli w jego ślady.
‒ Pani zostaje? – spytał starszy pan, kiedy zostali z Zofią tylko we dwoje.
‒ Tak. Przypuszczam, że taki lekarz w ogóle nie istnieje. A jeśli ktoś się za niego podaje, to mało prawdopodobne, żeby chciało mu się pracować w przychodni.

Porzekadło z lamusa 43/2025(747)

   Dawniej mawiano, że złość piękności szkodzi. Porzekadło straciło sens, odkąd uroda wyszła z mody i zastąpiła ją szpetota pospolita. Czy zatem zapotrzebowanie na piękno rzeczywiście ludziom się znudziło? Nie zupełnie. Są jeszcze obszary, gdzie piękno jest w cenie. 
   W ciepły Dzień Zaduszny udałam się na cmentarz i zaskoczył mnie miły widok. Nie pamiętam, żebym w przeszłości widziała aż tyle ukwieconych i tak ślicznie przystrojonych grobów. Sprzedawcy przed bramą cmentarną proponowali piękne kwiaty i znicze. Klienci innych by nie kupowali, a może po prostu nie mieli wyboru? Sami bowiem ubrani byli modnie, czyli niechlujnie, na ile to możliwe. Wszyscy bez wyjątku, niezależnie od płci i wieku, odziani byli w obowiązkowe kufajki i spodnie koniecznie za szerokie, albo za wąskie, a jeśli dżinsy, to podarte. 
   Wracając do złości, jak to z nią jest? Dowalenie wrogowi, to frajda, którą złość niewątpliwie napędza. Przy czym warto zauważyć, że czyniący zło prędzej osiąga oczekiwany rezultat, bo demolka przynosi mu upragnione zadowolenie od razu. Czynienie dobra wymaga więcej czasu na uzyskanie pożądanych rezultatów. A jeszcze wcześniej, trzeba na dobroć uzyskać zgodę ratusza, a oni niechętnie na dobro się godzą... 
   Może jednak należy zacząć od usuwania źródła zła? Jeśli jego siewcą jest permanentny łgarz, który potrafi się tylko wściekać i straszyć tchórzy na niego głosujących, to należy się go pozbyć. CITO!Przywróćmy symboliczne piękno z cmentarza historii, ale też naszej codzienności. W zamian wyślijmy tam (na cmentarz) siewców nienawiści i tych wszystkich drani i łgarzy działających na zgubę Polski.

Brudna brukselka 42/2025(746)

W ramach szeroko pojętej depopulacji, Bruksela (czytaj Berlin) zamówiła żywność z Ameryki Południowej dla całej prawie Europy, bo tamtejsza żywność nie musi spełniać żadnych unijnych norm. Może zawierać dowolną ilość pestycydów i chemii z trupią czaszką. W zamian za nią Ameryka Południowa kupi „nieekologiczne” niemieckie samochody spalinowe, wykarczuje więcej lasów tropikalnych, co zdaniem UE klimatu nie pogorszy, ani nie zakłóci zielonego ładu trzódki karmionej brudną brukselką.
Dodatkową korzyścią jest uśmiercenie europejskiego rolnictwa. U nas, za czasów radzieckiej komuny, byli „kułacy”, których nie udało się wykończyć. Władcy obecnego euro-kołchozu mają zamiar dokończyć dzieła i nikomu, z niczego tłumaczyć się nie muszą, szczególnie kułakom.
Sprowadzona żywność będzie bezkonkurencyjna zarówno cenowo, jak i „ekologicznie”, bo kto tę „ekologiczność” sprawdzi? No, chyba nie właściciele supermarketów!
Brukselki, powodującej niestrawność, można uniknąć. Tylko najpierw trzeba zdiagnozować przyczynę choroby. Jest nią Unia Europejska z całym korupcyjnym aparatem nacisku niemieckiej „biznes presji”. Uciec z niej możemy tylko zmieniając CITO rząd proniemiecki na propolski.