Nachodźcy 29/2017 (318)

Zdawać by się mogło, że Unia Europejska popadła w poważne tarapaty. Nie dość, że opuszcza jej grono tak bogaty kraj jak Wielka Brytania, to pozostałe kraje starej Unii borykają się z najazdem islamistów. Unijni przywódcy, jakby tego nie zauważali, zajmują się takimi pierdołami jak rzekomy brak demokracji w Polsce. Czy oni całkiem pogłupieli? Nic podobnego! To właśnie Polska, Węgry, Czechy są największym zagrożeniem dla unijnej chorej ideologii. Przeszkadzają bowiem we wprowadzeniu komunizmu na modłę Spinellego – guru przyświecającego poczynaniom unijnych uzurpatorów.
Nic więc dziwnego, że Unia Europejska chce nakładać na Polskę sankcje za nieprzyjmowanie tak zwanych uchodźców, no bo przecież umów trzeba dotrzymywać! Zapytajmy zatem, co to za umowa, której rzekomo nie dotrzymujemy? Zawarła ją podobno niejaka Ewa Kopacz w imieniu polskiego rządu. Osoba ta wsławiła się bardzo bezczelnym kłamstwem smoleńskim, za które została sowicie wynagrodzona najpierw stanowiskiem marszałka sejmu, a po rejteradzie Tuska stanowiskiem premiera.
Wywdzięczając się za te zaszczyty skłonna była do robienia wszystkiego co oficer prowadzący od niej zażąda. Na spotkaniu Grupy Wyszehradzkiej przyjęła postawę pozostałych członków grupy, czyli odmowę przyjęcia „uchodźców”, po to tylko, żeby chwilę później danego zobowiązania nie dotrzymać. W Brukseli zgodziła się ochoczo na przyjmowanie tak zwanych kwot w liczbie „na razie 7 tysięcy” niezidentyfikowanych osobników. Później, czyli nie wiadomo kiedy, następnych 15 tysięcy.
A zatem, notoryczna kłamczucha obiecuje coś komuś na gębę i to ma być poważne zobowiązanie polskiego rządu? Umowa, której należy przestrzegać, mimo iż nikt jej nie widział na oczy?

Podejrzany pakunek 28/2017 (317)

Mamy sezon ogórkowy więc tym razem zamiast felietonu krótki reportaż. Pojechałam na Plac Wilsona w Warszawie, żeby zrobić zakupy. Na przystanku tramwajowym zauważyłam całkiem elegancką torbę na kółkach. Rozejrzałam się za właścicielem, ale nikt się do pakunku nie przyznawał. Jako obywatelka świadoma ewentualnego zagrożenia zadzwoniłam pod numer 112 i przedstawiłam problem.
Zdążyłam zrobić zakupy w jednym sklepie i poszłam do warzywniaka, który cieszy się dużym powodzeniem, o czym świadczą kolejki. Żeby nie tracić czasu i ułatwić pracę obsłudze, już przed sklepem napełniłam dwie torebki owocami. Wtedy właśnie zadzwonił do mnie policjant, żebym podała mu dokładny adres. To wymagało odejścia od sklepu. Starałam się sprawę załatwić tak prędko, jak to tylko było możliwe. Nie uświadamiałam sobie, że mój pośpiech w oczach personelu sklepu mógł wyglądać zgoła inaczej. Kto prócz mnie mógł wiedzieć, że rozmawiam z policją? Równie dobrze, za moment, to policja mogła ścigać mnie za próbę kradzieży. Kiedy wyjaśniłam moje podejrzane zachowanie, najpierw się pośmiałyśmy, a później dowiedziałam się, że policja do podejrzanego pakunku była już wcześniej wzywana, ale nie interweniowała, bo walizka jest pusta. Ktoś ją zostawił, żeby ktoś inny mógł ją sobie wziąć.
Ach, jak dobrze mieszkać w Warszawie, nie w Paryżu czy Hamburgu!

Epoka dezinformacji 27/2017 (316)

 

    Minęły czasy, gdy zwykły lekarz potrafił wyleczyć pacjentów cierpiących na różne choroby. Teraz raczej każdy lekarz, każdego pacjenta, próbuje wyleczyć jedynie z chlesterolu, który niekoniecznie nam w życiu przeszkadza. Podobnie jest i z innymi zawodami, zwłaszcza humanistycznymi, nie poddającymi się ścisłym regułom matematycznym. Obraz bitewny uzupełnia natłok internetowych informacji i dezinformacji. Komu wierzyć?

    Konserwatyści wiedzą, że wierzą. Lewacy wierzą, że wiedzą. Oba te światy są dla siebie nieprzenikalne. Lewactwu prawda nie jest do niczego potrzebna, bo od myślenia jest wierchuszka. Wystarczy przekaz dnia w jedynie słusznych mediach, żeby wiedzieć czego poprawność polityczna dotyczy, co jest aktualnie prawdą, a co nią nie jest.

    Po czym poznaje się lewaka? Po tym samym, po czym poznaje się pijaka. Jeden i drugi bełkocze od rzeczy, z charakterystyczną „logiką”. Od lewaka należącego do nadzwyczajnej kasty gorszego sortu dowiadujemy się, że między muzułmaninem a katolikiem nie ma żadnej różnicy, bo obydwaj wierzą w Boga. Gdyby dodawali jeszcze, że wszyscy mają głowy, a większość po dwie ręce i dwie nogi, to też mieliby rację. Rację, z której nic absolutnie nie wynika, ale nieuświadomiony lud popijający piwko i zagryzający grillem i tak się nie połapie. Można jeszcze dorzucić „autorytetowi moralnemu” jakieś tytuły naukowe i sukces murowany.

Jakim prawem!?

Teatrzyk Zielony Śledź
ma zaszczyt przedstawić sztukę pt.
Jakim prawem!?

Występuje Francuska Feministka Fatima

Towarzysze i towarzyszki!
W waszym dzikim kraju naruszane są wszelkie prawa, począwszy od tych niezbywalnych ustanowionych przez Unię Europejską, a kończąc na prawach przyrody. Nie dość wam, że łamiecie prawo komornikowi do zabierania ciągnika sąsiadowi dłużnika, ale nawet kwestionujecie prawo kornika do pożywienia! To nieludzkie wycinanie chorych drzew tylko po to, żeby pozbawiać te sympatyczne owady jedzenia.
Dopuszczacie się łamania praw niezawisłego sądu do godziwego wynagrodzenia! Powinniście się wstydzić napaści na sędzię, tylko za próbę zaoszczędzenia 10 zł w supermarkecie. Pani sędzia popisała się gospodarnością! Przecież ustalone już mamy to, że sędzia za marne 10 000 zł miesięcznie przeżyć nie może. To co ma robić? Musi przecież kraść, co powinno być jasne dla każdego zdrowo i uczciwie myślącego Polaka.
Dobrze, że chociaż włodarze największych waszych miast takich jak: Warszawa, Gdańsk, Poznań, Wrocław i Kraków szanują prawo szariatu i zamierzają sprowadzić biednych muzułmańskich uchodźców. Najwyższy czas zacząć ich dokwaterowywać wszystkim homofobom.

Mówiła wasza Francuska Feministka Fatima.

KURTYNA

Demokracja w natarciu 26/2017 (315)

Demokracja polega między innymi na tym, żeby obywatele brali ważne sprawy, czyli te, które ich dotyczą, w swoje ręce. Warto jednak przynajmniej niekiedy, tym rękom się przyjrzeć. Mamy bowiem właśnie do czynienia z takim oddolnym ruchem próbującym wywierać wpływ na politykę państwa. Ale i tu nastąpił od razu podział na swoich i nie swoich. Z grubsza, ten podział polega na posiadaczy przywilejów zdobytych podstępnie, czyli oszustów, i na oszukanych, którzy chcą dochodzić sprawiedliwości. Ci ostatni, jeśli nie są bierni, próbują przyspieszyć proces rozliczenia skorumpowanych elit. Można tego dokonywać na dwa sposoby, wspierać władzę mającą na sztandarze prawo i sprawiedliwość, albo próbować budować nowe struktury.
Zakładanie nowej partii, to betka jeśli ma się pieniądze, najlepiej od zagranicznego sponsora, któremu trzeba będzie jedynie zdawać raporty z poczynań na zgubę Polski. To tak na marginesie.
Gorzej jeśli ma się same dobre chęci. Wówczas można liczyć tylko na zapaleńców, spośród których wielu nie ma pojęcia, na co się porywa. Na wszelakich z tym związanych zebraniach, kongresach czy naradach większość mówców mówi po to by usłyszeć własny głos, bo może jeszcze jakaś telewizja to nagra i będzie można pochwalić się znajomym. Najczęściej takie wystąpienie ma postać lamentu i postulat, żeby władza była uczciwa i mądra. Jak tego dokonać, nikt nie wie.
Można też napisać samodzielnie nową konstytucję i próbować sprzedawać ją po 50 zł za egzemplarz, nie pytając nawet czy znajdą się chętni, żeby przeczytać ją za darmo. Równie dobrze można sugerować, że zebrani powinni obsypać zaszczytami mówcę prawiącego same komunały i demonstrującego niechlujnym ubiorem pogardę dla całego zgromadzenia.