Doktor Donalda

Przychodzi baba do lekarza, a tu tłum pacjentów.
– Kto z państwa ostatni? – pyta.
– Pielęgniarka wyczytuje po imieniu – odpowiada uprzejmie młoda kobieta.
– Alfabetycznie?
– Tego nikt nie wie.
– Jeśli tak, to jako Zofia, mam przechlapane – baba przycupnęła na ostatnim wolnym krześle.
‒ Jako Anna mam szanse być pierwsza – mówi ta co poprzednio, młoda kobieta.
‒ Jeśli nie ma tu co najmniej tuzina pań o tym imieniu – wtrąca starszy mężczyzna.
‒ Wszyscy państwo na pewno do doktora Donalda? – próbuje się upewnić Zofia.
‒ Lekarz ma nazwisko – zauważa złośliwie mężczyzna w sile wieku.
‒ Jak my wszyscy – odpowiada Zofia – ale, z tego co pamiętam, tu używa się wyłącznie imion.
‒ Takie są przepisy unijne – wyjaśnia ten sam mężczyzna.
‒ A czemu mają służyć?
‒ Jakby każdy znał pani nazwisko, to mógłby panią okraść.
‒ Anonimowych osób złodzieje nie okradają?
Nikt nie kwapi się z wyjaśnieniem unijnej zagadki.
‒ To ten nowy lekarz, prawda? ‒ upewnia się Zofia.
‒ Prawda – przyznaje ten co poprzednio starszy pan – Nikt go chyba jeszcze nie widział, chociaż jego nazwisko zdaje mi się znajome.
‒ Dlatego pytałam, czy to doktor Donalda.
‒ Leczy samego premiera? ‒ zainteresował się znawca unijnego prawa.
‒ Raczej mu służy. To ten, który wydał opinię na przekór wszystkim onkologom, że były Minister Sprawiedliwości jest zdrów jak ryba. Można zamknąć go w areszcie wydobywczym na tak długo, aż przyzna się do wszystkich stawianych mu zarzutów.
‒ To ja już sobie pójdę – nieoczekiwanie oświadczył mężczyzna w sile wieku.
W chwilę później pozostali pacjenci poszli w jego ślady.
‒ Pani zostaje? – spytał starszy pan, kiedy zostali z Zofią tylko we dwoje.
‒ Tak. Przypuszczam, że taki lekarz w ogóle nie istnieje. A jeśli ktoś się za niego podaje, to mało prawdopodobne, żeby chciało mu się pracować w przychodni.