Archiwum kategorii: Aktualności

Zbrodnia i kara 36/2017 (325)

Karać, czy nie karać? Oto jest pytanie. W „państwie teoretycznym”, jakim była Polska za rządów PO-PSL, winą była już sama chęć poznania prawdy, a karą, co najmniej wykluczenie z klubu tych, którym forsa się należała za samo pochodzenie. Dzięki vetu prezydenta stan ten ma szanse przedłużyć się co najmniej, do chwili przedawnienia zbrodni popełnianych przez prominentów.
A jak sprawy wyglądają w Europie? Czy poprawność polityczna pozwala karać bandytów? To zależy po części od rodzaju zbrodni, a przede wszystkim od tego, kto jej się dopuścił.
Jeśli jest nim „biedny, prześladowany uchodźca” muzułmański, to należy się nad nim pochylić z troską i zrozumieniem, zamiast karać. A ofiary? No cóż, do tego trzeba się przyzwyczaić, jak radzą unijni dygnitarze. Ludzie pomalują sobie coś kolorowymi kredkami na ulicach i… do następnego razu. Donald Tusk zwany niesłusznie prezydentem, zamiast może raczej Namiestnikiem Europy, (prezydenta się bowiem wybiera, a on został mianowany przez samą panią Kanclerz Niemiec na piastowane stanowisko) znowu wyrazi kolejne ubolewanie tymi samymi wyświechtanymi słowami: „Nasze myśli są z ofiarami i wszystkimi poszkodowanymi w tym tchórzliwym ataku na niewinnych”. No i po krzyku. A swoją drogą co to za odwaga, nazwać islamskiego bojownika za wiarę tchórzem! To określenie: „tchórzliwe ataki” to może taki rodzaj zaklinania rzeczywistości, żeby się aby nie zmieniła.
Kogoś jednak należałoby pociągnąć do odpowiedzialności. Jest zbrodnia, powinna być kara. Pupilek Angeli nie musiał się specjalnie wysilać, od dawna bowiem wiadomo, że wszystkiemu winni Polacy! Unia Europejska powinna Polsce łupnąć karę za nie przyjmowanie tak zwanych uchodźców. W ten sposób zbrodnia na bezbronnych ofiarach będzie ukarana i wszystko zostanie po staremu! Brakiem logicznego powiązania między zbrodnią a karą nie należy się zajmować, bo to grozi brakiem poprawności politycznej.

Potęgi klucz 35/2017 (324)

Wrzesień, a więc dzieci ruszają do szkoły. Czego one się tam teraz uczą? Nie mam pojęcia i to może nawet lepiej, bo zamiast utyskiwać na programy szkolne, pokuszę się o przedstawienie moich postulatów. Wiedza jest teraz tak rozległa, że zgłębienie jej w jakiejkolwiek dziedzinie przestało być możliwe. Czego zatem dziecko powinno się nauczyć zanim podejmie decyzję, co chce w życiu robić?
Dawniej mawiano: ucz się ucz, bo nauka to potęgi klucz. Mam nadzieję, że to powiedzenie nie straciło całkiem aktualności. Ale postawiłabym na poszukiwanie talentów, bardzo szeroko rozumianych. Talenty sportowe może wyławiać nauczyciel wf-u; matematyki, fizyki i innych przedmiotów ścisłych – odpowiedni nauczyciele. Poetą od biedy można zostać samoistnie, gorzej z pozostałymi talentami artystycznymi. Czy na pewno są one jeszcze potrzebne? Konia łatwiej sfotografować niż narysować. Ale wbrew pozorom, tylko rysunek może wydobyć z obiektu ukrytą prawdę. Nowoczesne instrumenty muzyczne ułatwiają grę każdemu chętnemu, czy warto zatem uczyć się jeszcze nut? Nie wiem. Wiem natomiast, że każdy bezwarunkowo powinien uczyć się podstaw aktorstwa, w tym dykcji. Jest to umiejętność niezbędna przy jakimkolwiek wystąpieniu publicznym. Żal ściska za gardło, gdy ktoś, kto ma coś ciekawego do powiedzenia robi to tak nieudolnie, że nie idzie wytrzymać.
Odnoszę wrażenie, że z postępem techniki zanika dbałość o wynik działań. Dawniej istniał taki zawód jak oświetleniowiec. Dzisiaj operator światła zdaje się mieć sobie za punkt honoru to, żeby widać było jak najmniej. Rozumiem, jeśli prelegent ma wyjątkowo odrażający wygląd, ale to raczej rzadkość. Najczęściej mówca mamrocze coś niewyraźnie do mikrofonu, albo jeśli nawet słychać go dobrze, to w każdym zdaniu jest słowo właśnie, a po jego zakończeniu prelegent domaga się potwierdzenia pytając: prawda, ewentualnie: tak, lub nie? Nauka retoryki nigdy wcześniej nie była aż tak konieczna.
Komuniści wmawiali ludziom, że nauka, mimo iż obowiązkowa, nie jest im do niczego potrzebna. Do rządzenia państwem najlepiej nadaje się niewykwalifikowany robotnik, albo towarzysz Wiesław. Ten komunistyczny system nadal pokutuje, nieco tylko zmodyfikowany. Ewa Kopacz nazwała Borysa Borysowicza Budkę Borysławem, bo jak tłumaczy, nie znała go. Ot, przyszedł jakiś lewicujący chłopaczyna do kancelarii pani premier, to zrobiła go Ministrem Sprawiedliwości, nie pytając nawet o imię, a co dopiero o kwalifikacje.

Upuszczanie krwi 34/2017 (323)

Czym różni się konował średniowieczny od obecnego? Tamten na każdą dolegliwość przepisywał upuszczanie krwi, ten obniżanie cholesterolu. Ze zdrowotnego punktu widzenia obydwa zabiegi zdają się być porównywalne, ale z finansowego, obniżanie cholesterolu to złoty interes dla korporacji farmaceutycznych! Na tym właśnie polega skok na kasę chorego, dodajmy – potencjalnie chorego, bo z nadmiaru cholesterolu nikt jeszcze nie umarł.
Natomiast upuszczanie krwi, to już raczej domena polityki. Trzódka odstawiona od koryta, nazywająca siebie opozycją totalną, zrobi wszystko, żeby społeczeństwo skłócić. Żebyśmy jak najczęściej mawiali: „krew mnie zalewa, gdy słucham…”. Dawniej mawiano, że „złość piękności szkodzi”, zapominano jednak dodawać, że świetnie nadaje się do podziału społeczeństwa na małe grupki, którymi łatwiej manipulować.
Prezydentem lub premierem może zostać każdy bez względu na kwalifikacje. Zdawać się mogło, że studia medyczne gwarantują wysoki poziom intelektualny absolwentów takich uczelni. Dzięki poprzedniej pani premier mogliśmy się przekonać, że głupota przejawiająca się w prymitywnych kłamstwach, nawet na najwyższym stanowisku w państwie, nie zna granic, niezależnie od prestiżowego wykształcenia. O etyce i moralności lepiej nawet nie wspominać. Głupota nie wyklucza jednak cwaniactwa. Dlatego warto zauważyć odziedziczoną po poprzednim rządzie zasadę, że przy coraz wyższej składce na obowiązkowe ubezpieczenie zdrowotne, coraz mniej świadczeń chory otrzymuje. Miejmy nadzieję, że dobra zmiana dotrze kiedyś i tu.
Wróćmy jednak do zdrowia, czyli „zdrowej diety”. Ta „bez-cholesterolowa” może samego cholesterolu nie obniży, ale kiedy zostaniemy już częścią Europejskiego Kalifatu, wieprzowina będzie oczywiście zakazana, a więc szansa na obniżenie cholesterolu rośnie. Wtedy może nawet tego nie zauważymy, przestrzegając wcześniej zalecanej diety. Kebaby wieprzowiny nie zawierają – to pewne. Co zawierają? Staram się nawet o tym nie myśleć.

Moda na głupotę 33/2017 (322)

Obwieszczenie końca komunizmu w 1989 roku było nie tyle przedwczesne, co całkowicie błędne. To właśnie był początek nowej ery – eurokomunizmu. Z poczwarki terroru, czy zamordyzmu, przeistoczył się w motyla rozmaitej destrukcji. Przejawia się to między innymi modą na głupotę i brzydotę. Z modą, jak wiadomo, dyskutować się nie da. Można ją jedynie przyjąć, lub odrzucić. Taki wybór istnieje zawsze. To fragment demokracji nie do ruszenia, ale można mimo to o nią powalczyć na leżąco, waląc nogami w metalowe osłony policyjne. W PRL-u dziewczyny usiłowały wyglądać powabnie, mimo „braków na rynku” wszystkiego, co mogłoby dodawać elegancji. Głupota płynąca z mediów była rekompensowana inteligencją na polu prywatnym. Triumfy święcił bridż, bo wymagał pomyślunku, którego byle aparatczyk wykrzesać nie mógł.
Komunizm jakimś cudem jednak zwyciężył i moda na głupotę oraz brzydotę zatriumfowała. W zaawansowanym stadium możemy ją oglądać w wykonaniu wszelkich osobników KOD-omito podobnych. Totalna opozycja szczególnie ich hołubi. Głupki bywają różnej maści. Przemądrzały, elokwentny, a właściwie cierpiący na bezmózgowy słowotok, głupek oczywiście wie i rozumie wszystko, a jak czegoś nie kuma, to to coś, a nie on, musi być głupie. Zgoła odmienne zdanie ma „poczciwiec”. Nie wysila się, żeby cokolwiek rozumieć, a jak przypadkiem usłyszy coś, co rozumie, to od razu traci zaufanie do źródła takiej wiedzy, bo co to za autorytet, który jest zrozumiały nawet dla niego!
Jest jeszcze nadzwyczajna kasta, do której zaliczają się w pierwszej kolejności unijni dygnitarze. Oni wszystko wiedzą najlepiej i z nikim swej wiedzy konsultować nie muszą. Jeśli bredzą coś sprzecznego z faktami, to tylko gorzej dla faktów.

Sprzężenie zwrotne 32/2017 (321)

Większości z nas wydaje się, że jesteśmy odporni na reklamę. Nie jest to niestety prawda. Wszyscy podlegamy jakiejś propagandzie, nie mając pojęcia o tym jak jesteśmy manipulowani. W latach osiemdziesiątych w Stanach Zjednoczonych ktoś wpadł na pomysł, żeby pewną ideę upowszechnić poprzez seriale telewizyjne. Rezultat przeszedł najśmielsze oczekiwania. Tą ideą było zaszczepienie ludziom przekonania, że dobrze jest nie prowadzić auta po pijaku.
Jak tego dokonano? Wcale nie poprzez nudną perswazję, a jedynie przez wspominanie o tym, ot tak mimochodem, tu i ówdzie, ale konsekwentnie. Po pewnym czasie ludzie uznali takie zachowanie za normę. No, to przyjrzyjmy się naszym rodzimym serialom. Co nam się wciska do głów jako „normę”? Jakie zachowania widz uznał już za właściwe, bo tak przecież postępują „wszyscy”? Na pewno wulgarny język, nawet jeśli bywa wykropkowany, uważa się za coś oczywistego. Niechlujny strój jako dowód przynależności do „elit”. Przekonanie, że homoseksualistów jest co najmniej tyle samo ilu ludzi zdrowych. Przekonanie, że model rodziny typu 6+1 jest w porządku, przy czym sześcioro rodziców i jedno dziecko zapewniane przez dowolną liczbę rodziców o swej miłości 10 razy dziennie – to model obowiązujący.
Proponuję prześledzić polskie seriale pod kątem jak wpływają one na zmianę obyczajów.