Są dwa podejścia do finansów – tradycyjny i nowoczesny. Tradycyjny polega na tym, że najpierw się pieniądze zarabia, a później wydaje; nowoczesny – odwrotnie. W praktyce wygląda to tak, że na ten sam samochód człowiek nowoczesny musi pracować znacznie dłużej niż konserwatysta. Bank nie zadowoli się byle jakim procentem. Lichwiarz nie spocznie, póki nie wydusi z kredytobiorcy ostatniej kropli krwi. Z chwilą gdy zaczynasz pracować na spłatę kredytu, twoja wolna wola się kończy. Paradoksalnie, drogimi samochodami jeżdżą i w apartamentach mieszkają (do czasu bankructwa) właśnie niewolnicy.
Przy kolejnej próbie ocenzurowania Internetu jedni uważają, że tu chodzi „tylko” o pieniądze, a inni, że o indoktrynację. Nie należy natomiast zapominać, że w sumie to, to samo. Kto ma pieniądze, ten ma władzę, a kto ma władzę, ten ma pieniądze. Czy zatem, normalny człowiek może znaleźć jakieś wyjście z tego zaczarowanego kręgu?
Może. Należy użyć broni wroga. Panom współczesnych niewolników bardzo zależy na bezgotówkowych obrotach finansowych, bo to daje nieograniczoną kontrolę poddanych. Pójdźmy zatem o krok dalej i działajmy nie tyle „bez gotówkowo”, co wręcz na zasadzie barteru. Takie działania wymagają oczywiście zaufania obu stron. Ale czy nie lepiej zaufać konkretnemu człowiekowi niż bankowi? To jest oczywiście pytanie retoryczne.
Zacznijmy działać na zasadzie wymiany dóbr. Nie mam na myśli jałmużny, ani działalności charytatywnej, tylko współpracę dla osiągania wspólnych celów. Potraktujmy to na razie jako temat do konwersacji.
Archiwum kategorii: Aktualności
Sztuka i sztuczki 25/2018 (366)
Każda rewolucja ma to do siebie, że niszczy wszystko, co na drodze, a ta kulturalna nie jest żadnym wyjątkiem. Zawsze chodzi o to samo, czyli wyrównanie do najniższego poziomu. Ale co później? Nie wystarczy glebę zaorać i czekać, co na niej samo wyrośnie. Samoistnie wyrosną tylko chwasty, z którymi mamy obecnie do czynienia. A może to nie rewolucji, a żartowi na przykład, zawdzięczamy współczesne malarstwo? Nurtuje mnie przewrotne podejrzenie, że Picasso po prostu próbował zakpić sobie ze snobów, którzy tego nie zrozumieli i tak narodził się Kubizm.
Wcześniej artyści też, co prawda, nie zawsze, prześcigali się w kunszcie naśladowania natury, ale zniekształcenia, jakich się dopuszczali, miały na celu uwypuklenie takich cech obiektu, które mogłyby zostać niezauważone przez widza. Miało to też wymiar praktyczny. Albumy przyrodnicze preferowały rysunek, nawet już po wynalezieniu fotografii. Uważano bowiem i słusznie, że fotografia nie jest w stanie wydobyć tego, co najbardziej charakterystyczne dla rozpoznania rośliny, czy zwierzęcia.
Za sztukami wizualnymi zeszmacenie podchwycili poeci, zrywając ze starymi kanonami takimi jak: rym, rytm, sens, a zwłaszcza piękno. Obrazu, czy tomiku poezji można nie kupić, ale czy można zrezygnować z teatru? Jak ważny jest on dla człowieka, wystarczy zaobserwować reakcje małego dziecka. Nic nie jest w stanie tak przykuć jego uwagi, jak teatrzyk. Z wiekiem ta fascynacja wcale nie mija. A skoro tak, to może da się wcisnąć każdy „artystyczny” gniot? Prywatne teatry, za państwowe pieniądze, mogą sobie pozwolić na „antysztukę” w najczystszym wydaniu i najgorszym guście.
Zdawać by się mogło zatem, że Teatr Telewizji też powinien podążać tą drogą. Byle nudziarz może przecież z Szekspira zrobić głupka. Takie widowiska powstają nie tyle w oparciu o dobre dramaty, co wbrew nim, jak ostatnio oglądane „Pożegnanie”. Dygat pewnie przewraca się w grobie.
Na szczęście, zdarzają się też chlubne niespodzianki, do których niewątpliwie należy zaliczyć „Listy z Rosji” – spektakl Wawrzyńca Kostrzewskiego na podstawie książki Astolphe’a de Custine’a.
Ot, taka kulturalna ciekawostka!
Hrabiowscy prezydenci 24/2018 (365)
Sztandarowym hasłem poprzedniego rządu, a zarazem obecnej opozycji totalnie targowickiej, było i jest „na chapać się ile wlezie”. Sama forsa, to za mało. Celebrycie należą się zaszczyty, ordery i tytuły. Jeden z byłych prezydentów uważa się za doktora, bo nie odróżnia normalnego doktoratu od „honoris causa”. Inny, kiedy został prezydentem, próbował olśnić ciemny naród tytułem hrabiowskim. Okazało się jednak, że są poważne wątpliwości, co do sposobu pozyskania tego tytułu przez jego ojca. Zawłaszczenie majątku nie koniecznie uprawnia do zawłaszczenia tytułu hrabiowskiego.
Może by zatem podejść do zagadnienia z drugiej strony? Jeśli jest się hrabią, to dlaczego by nie udowodnić, że jest się jednocześnie prawowitym prezydentem Polski? Nie zawracać sobie głowy jakimiś tam wyborami, które bez zaplecza politycznego przegrałoby się z kretesem. W odróżnieniu od uzurpatorów do tytułu hrabiowskiego, prawdziwy hrabia jest o niebo inteligentniejszy, od prezydentów wciśniętych nam przez sowieckich agentów. Szkoda jednak, że kompromituje się jako prezydent samozwaniec.
Władzy czar 23/2018 (364)
Przypomniała mi się taka oto scenka:
Malarz stoi na drabinie, macha pędzlem i peroruje.
– Ja, gdybym był premierem, to… Rząd powinien… itd.
Słucha tego właścicielka mieszkania i po pewnym czasie wtrąca.
– Ja, to bym zaczęła od tamtej ściany bo…
– Szanowna Paniusiu – mówi malarz – na malowaniu trzeba się znać.
– Rozumiem – odpowiada kobieta – a na rządzeniu państwem znać się nie trzeba?
To wydarzenie miało miejsce nie teraz, a w II RP. Czy coś się od tamtych czasów zmieniło? Niektórzy z nas są przekonani, że rządzić każdy umie, a najbardziej ci Nowocześni posłowie oraz (nie)rząd odstawiony właśnie od żłobu.
Darujmy sobie jednak ten żałosny kabaret w wykonaniu Targowicy Totalnej, bo oto ostatnio nawet sam pan prezydent pokazał na co go stać. Proponowane przezeń pytania do referendum kojarzą się z nieporadnością, jaką mógłby się wykazać ktoś, kto jak ten malarz, nigdy wcześniej nie miał do czynienia z prawem, a zwłaszcza rządzeniem. Odnosi się wrażenie, jakby referendalne pytania były pisane w pośpiechu, chaotycznie i nie wiadomo czemu miałyby służyć.
Czy to znaczy, że władzę może sprawować każdy? Przeciwnie, należy darzyć uznaniem i poparciem tych wszystkich, którzy mimo przeciwności potrafili zrobić coś pożytecznego dla naszego społeczeństwa i kraju. „Dobra zmiana” ma pod opozycyjną górkę i pod opozycyjny wiatr, ale nie odpuszcza. Trzymajmy za nią kciuki.
Polowanie na kreta 22/2018 (363)
Nie zapominajmy że, „w naszym nieszczęśliwym kraju”, jak mawia znany publicysta, działają lobbyści wszelkiej maści. Stosunkowo łatwo rozpoznawalne jest stronnictwo pruskie, bo ich połajanki są protekcjonalne, jak przystoi jaśniepaństwu wobec tubylców. Mają też przeważający udział w rynku medialnym, co im ułatwia zadanie, nam natomiast umożliwia, wyłapanie tych właśnie ludzi, którzy głoszą wrogie Polsce opinie. O stronnictwie żydowskim nie wspominam, bo samo się zaorało ostentacyjną wrogością do Polaków. Stronnictwo ruskie mniej jest zauważalne, ponieważ porzuciło zwykłe, prostackie chamstwo, które miało być odczytywane jako „swojskość”, a stało się przez to zbyt charakterystyczne, na rzecz „polskości”, o zabarwieniu, rzecz jasna, „słowiańskim”. Tworzywem spajającym wszystkie te formalnie i nieformalne związki jest wspólna nienawiść do PiS. Z tego nikt z nich zrezygnować nie zamierza, bo to scala targowicę nie tylko parlamentarną.
Wniosek stąd taki, że trzeba być bardzo oszczędnym w krytyce naszego rządu. Wszystko bowiem będzie wykorzystane przeciwko nam, którzy ośmieliliśmy się skorzystać z demokracji i wybrać zjednoczoną prawicę, żeby nami rządziła. Nie wystarczy nie dać się nabierać na „europejskość” palantów lansowanych przez GW, czy TVN. Trzeba jeszcze rozpoznać krecią robotę sowieckich resortowych wnuków, a oni nie ustają w knowaniach i działaniach. Pamiętajmy, że symptomem politycznego kreta jest nienawiść. Nauczmy się wreszcie ich rozróżniać i piętnować, nie bacząc na oskarżenia, jakie będą nas spotykały. Z aktualnej sytuacji można wyciągnąć wniosek, że owe krety i ich krecia robota są pod jakąś szczególną „ekologiczną” ochroną.