Na drodze postępu 28/2019 (419)

Wystrzegajcie się stanąć na drodze postępu, bo możecie zostać zgnieceni przez walec historii. Przekonała się o tym pewna pani z Warszawy, która znalazła się nieopatrznie na drodze rozpędzonej hulajnogi. Dotkliwie poturbowana trafiła do szpitala, gdzie dostarczono jej mandat za spowodowanie kolizji!
Inna starsza pani bezczelnie i nieodpowiedzialnie wtargnęła na przejście dla pieszych z prędkością, której nie umiała udowodnić. Jadący celebryta bez prawa jazdy i innych dokumentów wymaganych od zwykłych kierowców nie zahamował, bo czyż celebryta miałby się zatrzymywać przed nikomu nieznaną osobą? Niezawisły sąd nie dopatrzył się żadnej nieprawidłowości w postępowaniu celebryty.
O kolizjach rowerzystów z pieszymi i samochodami nie warto nawet wspominać. Promowanie rowerów jako środka komunikacji w mieście niczemu innemu chyba nie służy, jak tylko powodowaniu napięć między wszystkimi użytkownikami dróg. Gdyby ktoś miał wątpliwości, to wystarczy spojrzeć na listę rowerowych orędowników.
O czym świadczą te przypadki? Moim zdaniem o premedytacji, z jaką wymiar niesprawiedliwości traktuje Polaków. „Nadzwyczajna kasta” najwyraźniej postawiła sobie za cel skłócenie wewnętrzne „mniej wartościowego narodu tubylczego”, poprzez wprowadzanie absurdalnych rozporządzeń i ferowanie absurdalnych wyroków.
Może jednak nie wszystko jeszcze stracone. Skoro prominentny wichrzyciel unijny nie otrzymał spodziewanego stanowiska, to można mieć nadzieję na powrót do normalności. Z drugiej jednak strony, sławna pogromczyni dinozaurów znalazła wreszcie miejsce w odpowiednim dla siebie cyrku.

Segregacja 27/2019 (418)

Segregowanie odpadów jest obowiązkowe zgodnie z unijną dyrektywą. Rafał Trzaskowski jest wrażliwy na unijne polecenia, więc niby coś w tym kierunku robi. Kazał wydrukować z milion ulotek, tłumaczących jak wygląda plastik, szkło, czym się one różnią od papieru i jak je od siebie oddzielać. W ten sposób próbował przekonać każdego mieszkańca do czegoś, do czego jest on od dawna przekonany. Tu i ówdzie pojawiają się nawet osobne kontenery na szkło, żeby mieszkańcom się zdawało, że ich segregacja ma jakiś sens.
Można by w ten sens i dobrą wolę o dbałość środowiska uwierzyć, gdyby Niemcy nie byli zainteresowani składowaniem w Polsce toksycznych odpadów, a ich interes formacja, z której wywodzi się Prezydent Warszawy, zawsze przedkłada nad dobro Polaków. Afera wyszła na jaw za poprzedniego rządu, ale nic mi nie wiadomo, żeby ten proceder został zatrzymany. Mam nadzieję, że obecny rząd nie chwali się ukróceniem tego kantu, bo w przeciwieństwie do afery VAT-owskiej ukrócenie tej pierwszej finansów by nie poprawiło, a może nawet pogorszyłoby?
Prezydent Warszawy ma jednak niewątpliwe poważne zasługi w segregacji. Tęczowe parady pod jego auspicjami segregują przecież ludzi na równych, równiejszych i najrówniejszych. Do tych ostatnich należy niewątpliwie elita zboczeńców i ich opiekunów. Zajmowanie się śmieciami na różne sposoby można interpretować.

Oblicze zbrodni 26/2019 (417)

Media epatują nas opisem zbrodni, dokonanej z zimną krwią na dziesięcioletniej dziewczynce. Bulwersują nas wystąpieniem Rzecznika Praw Obywatelskich, który postanowił bronić „godności” mordercy, jakby taka kreatura miała w ogóle jakąś godność. Rzecznik ma oczywiście w „głębokim poważaniu” tego akurat zwyrodnialca. Chodzi tu o apel do wszystkich potencjalnych przestępców: „Wybierzcie mnie na prezydenta, a włos wam z głowy nie spadnie” – oto czytelny przekaz, o jaki tu chodzi.
Mówi się też o sprawności policji – i słusznie. Najmniej uwagi media poświęcają temu, co jest podstawą zbrodni, czyli motywom. Mniej dyskretni dziennikarze uchylili rąbka tajemnicy. Dwudziestodwuletni zbrodniarz poczuł się dotknięty odrzuceniem jego amorów przez matkę dziewczynki. Zemścił się, zabijając dziecko.
Zbrodnie istniały zawsze, ale sposoby i motywy ich popełniania zmieniały się w zależności od okoliczności. O nich też należy mówić. Nikt nie wspomina o ojcu dziecka. W czasach niedawno minionych obowiązywał model rodziny, w którym dziesięciolatka najczęściej mieszkała nie tylko z matką, ale i ojcem, a do jego obowiązków należała obrona rodziny. Nie twierdzę, że w tym konkretnym wypadku ojciec byłby odpowiedzialny za odprowadzanie dziecka ze szkoły. Po prostu byle kanalia nie miałaby tyle śmiałości wobec kobiety będącej w związku małżeńskim, co wobec samotnej matki. Wówczas wściekłość odrzuconego adoratora mogłaby skupić się raczej na rywalu, a mężczyzna z mężczyzną łatwiej by sobie poradził.

Waga urody 25/2019 (416)

Komu uroda jest potrzebna, a kto się bez niej może obyć? Z moich obserwacji wynika, że niezbędna jest politykowi, dziennikarce, a piosenkarce już niekoniecznie! Panuje powszechne przekonanie, że prezydenci tacy jak Kwaśniewski czy Trzaskowski zdobyli swe stanowiska głównie dzięki urodzie. Pomijam tu oczywiście fakt, jak doszło do wystawienia ich kandydatur. Ważne, że lud to kupił.
O wadze urody przekonałam się, gdy pozwoliłam sobie skrytykować ładną dziewczynkę, pełniącą obowiązki dziennikarki w sposób uniemożliwiający wypowiedzenie się komuś zaproszonemu do studia, kto miał coś ważnego do powiedzenia i czego w końcu nie udało mu się powiedzieć. Obrońcy „ładnej dziennikarki” w ogóle nie zauważyli zarzutu, jaki jej postawiłam. Wszyscy, bez wyjątku, podkreślali jej urodę.
Podczas pierwszej komunistycznej odwilży po 1956 roku tygodnik „Film” rzucił hasło: „Piękne dziewczęta na ekrany”, które zaowocowało nowymi talentami aktorskimi. To było jednak bardzo, bardzo dawno temu. Obecnie uroda bywa przydatna tu i ówdzie, ale na estradzie najwyraźniej jest zbędna. Nikt nawet nie próbuje się jej dopatrywać pod bardzo grubą warstwą puszystości niedających się ukryć. A może ja nie znam się na nowoczesnych kanonach piękna? Ignorancja w tym względzie byłaby nawet dla mnie pokrzepiająca. Mogłabym obnosić się z własnymi pulchnościami zamiast próbować je wstydliwie skrywać.

Osuszanie bagna 24/2019 (415)

Przez polskie miasta przetaczają się demonstracje dwóch nurtów. Pretensjonalnie teatralne parady zboczeńców, na przemian z marszami ludzi spragnionych utrzymania normalności. Nie można być jednocześnie Polakiem i lewakiem, bo to pojęcia wykluczające się wzajemnie. Lewactwo w ramach skłócania Polaków, których są nieprzejednanymi wrogami, stosuje zacieranie znaczeń słów i wprowadza relatywność oceny zachowań, żeby wszystko było względne, aby w razie potrzeby nietrudno było pochylić się z troską i zrozumieniem nad przestępcą, a ofiarę oskarżyć o sprowokowanie napastnika.
Myślę, że daje nam się we znaki ta rzeczywista, ale przeklęta polska tolerancja. Mam bowiem nadzieję, że to nie strach przed tym, co ludzie, czyli „ci prawdziwi Europejczycy”, powiedzą. Wiadomo, co powiedzą: że są notorycznie szykanowani przez reżim, który za mało im płaci za opluwanie wartości cennych dla Polski. „Wielka artystka” znowu się poskarży, że ktoś jej robi na głowę. Bo to przecież ona jest od tego, żeby Polakom na głowę – powiedzmy – wchodzić.
A może czas wreszcie zmienić reguły gry, przestać używać mecenatu państwa jak głupiej, dojnej krowy? Mecenas to ktoś, kto zna się na sztuce i nie daje sobie wciskać badziewia. Niechby teatry przedstawiały swoje plany, co i za ile chcą realizować, a mecenasi, którym projekt się podoba, niech wykładają pieniądze po realizacji przedstawienia. Czas na dobrą zmianę w tych zatęchłych bajorkach, którymi stały się teatry.

Wspólny ogródek 23/2019 (414)

Żeby zbudować most czy dom, najpierw trzeba sobie wyobrazić, jak ma on wyglądać i do jakich celów służyć. Później wystarczy zatrudnić fachowca, który będzie wiedział, jak to zrobić. Z uprawą ziemi niczego wyobrażać sobie nie trzeba, bo robi to za nas przyroda, wystarczy ją poznać i się z nią dogadać. Najtrudniej jest z polityką, bo jeśli nawet znamy pewne reguły gry, podobnie jak na wojnie, wynik bywa nieprzewidywalny.
Nowicjuszom zdawać się może, że wystarczy wytyczyć godne cele, a ludzie je podchwycą i zrealizują. To tak nie działa. Efekt może okazać się dokładnie odwrotny do założonego. Dzieje się tak, bo różne aktywne niemieckie owczarki i ruskie trolle znają swój fach. Wystarczy przypomnieć sobie, jak udało im się naszpikować „Solidarność” własnymi agentami i odwrócić bieg wydarzeń. Szlachetni ideowcy z reguły przegrywają z cwanymi draniami.
Warto uczyć się na błędach, żeby ich nie powtarzać. Brak niestety recepty, którą można by zastosować w dowolnej sytuacji. Każdy nowy ruch potrzebuje lidera. Ale żeby nim zostać, trzeba przekonać do siebie przyszłych wyznawców. Mówiąc coś mądrego, trafi się do niewielkiej garstki. Żeby zostać zauważonym, trzeba koniecznie wygłosić jakąś piramidalną bzdurę. Szkopuł polega na tym, że trudno zaufać człowiekowi niezrównoważonemu, a tylko takiego stać na kontrowersje i arogancję.
Dlatego korzystający z czynnego prawa wyborczego konserwatyści wolą sprawdzonych polityków, realizujących odwieczne zasady współżycia w społeczeństwie, pozostawiając „wiosenne nowalijki” amatorom zieleniny.

A jednak! 22/2019 (413)

Okazało się, że jednak jesteśmy społeczeństwem coraz bardziej świadomym! Tusk przekonywał nas, żebyśmy nie robili polityki, bo i tak nic od nas nie zależy. Miał wówczas rację. Ale ta racja przegrała w konfrontacji z oczekiwaniami narodu. Po dojściu prawicy do władzy okazało się, że jednak potrafimy myśleć, zmobilizować się i utrzymać to, co udało się osiągnąć.
Dobrze jest uświadomić sobie, o co chodzi PiS-owi, a o co Anty-PiS-owi. Ekipa obecnie rządząca wykazała empatię wobec tych, którym z jakichś powodów nie powiodło się oraz podjęła próbę naprawy państwa i wyciągnięcia go z zapaści spowodowanej rządami PO/PSL. Taka naprawa wymaga czasu i taktyki wobec grabieżców wszelkiej maści, wrogów wewnętrznych i zewnętrznych.
Anty-PiS gardzi ludźmi, chce wyłącznie apanaży dla siebie, gotów jest sprzedać nawet własną matkę za psi pieniądz byle komu, wygaduje bzdury i obiecuje wszystkim wszystko. Tylko najmniej spostrzegawczy mogą dawać się nabierać kolejny raz na obietnice, których partie zgromadzone w Koalicji Europejskiej nigdy przecież nie zamierzają dotrzymać.
Dlatego porozumienie między prawicą działającą dla Polski a anty-prawicą działającą na szkodę Polski jest absolutnie niemożliwe. Mówią odrębnymi językami polskimi, mimo iż słowa, jakimi się posługują, brzmią tak samo.

RIM czy MIR

Teatrzyk Zielony Śledź
ma zaszczyt przedstawić sztukę pt.
RIM czy MIR

Występują: Helga i Wańka

Helga: Zakładamy nową partię.
Wańka: Kto z kim?
Helga: To chyba oczywiste.
Wańka: My dwoje?
Helga: Na razie tylko my. Ale trzeba rozejrzeć się za jakimiś znakomitymi patronami takimi jak Róża… Jak ona się nazywa?
Wańka: Imię Róży…
Helga: Nie, to powieść, a ja mam na myśli prawdziwą bohaterkę.
Wańka: Różę Luksemburg?
Helga: Ją też, jej imieniem coś tam nazwiemy, ale na razie musimy opierać się na osobach ciągle żywych.
Wańka: Jak Róża Tuman von Hochsztapler?
Helga: O! Właśnie, chociaż nie jestem pewna, czy nie przekręciłeś jej nazwiska.
Wańka: Na pewno nie.
Helga: W takim razie przejdźmy do rzeczy.
Wańka: Nareszcie! Po co nam nowa partia?
Helga: Bo stare szybko się zużywają. „Ruch Palikota”, „Nowoczesna”, „Wiosna” – to wszystko są jednorazówki. Namącą i odchodzą w niepamięć.
Wańka: Takie przecież ich zadanie. Tu przecież tylko szmal się liczy.
Helga: Nie o tym teraz.
Wańka: Na rozmowę o forsie nigdy nie jest za wcześnie.
Helga: Jasne. Sponsorują nas jak zwykle niemieckie fundacje rządowe, a prócz nich Największy Dobroczyńca Ludzkości.
Wańka: Jeśli tak, to jestem spokojny.
Helga: Pani kanclerz życzy sobie, żebyśmy wymyślili jakąś optymistyczną nazwę. Co myślisz o „Równość i Miłość”?
Wańka: W skrócie RiM?
Helga: Dobrze brzmi, prawda?
Wańka: Lepiej byłoby od tyłu: MiR.
Helga: A niezbyt z rosyjska?
Wańka: Taka malutka prowokacja dla tych, co jeszcze coś kumają.
Helga: W takim razie dobrze, niech uczucia będą na pierwszym miejscu, czyli „Miłość i Równość”!

KURTYNA

Rodzinna pogawędka

Teatrzyk Zielony Śledź
ma zaszczyt przedstawić sztukę pt.
Rodzinna pogawędka

Występują: Babcia i Wnuczek

Wnuczek: Przyznasz chyba, że Sejm dał plamę.
Babcia: Z czym konkretnie?
Wnuczek: Jeszcze pytasz?
Babcia: Domyślam się, że chodzi ci o odrzucenie procedowania ustawy „Anty 447 Just”.
Wnuczek: To rejterada po kolejnej szykanie ze strony Izraela! Chowanie głowy w piasek…
Babcia: Nie wykluczam, że masz rację, ale zastanówmy się nad innym scenariuszem.
Wnuczek: Proszę bardzo. Jakim?
Babcia: Wiesz, że ta ustawa uchwalona przez Kongres Amerykański nie ma żadnego prawnego umotywowania?
Wnuczek: A oni są głupkami, którzy nie wiedzieli, co uchwalają?
Babcia: Tego nie powiedziałam. Rzecz w tym, że obie strony są świadome, iż na gruncie prawnym żądania żydowskie są bezpodstawne. Trzeba zatem stworzyć wokół sprawy takie zamieszanie, żeby o prawo nikt nie zapytał.
Wnuczek: I ta napaść na polskiego ambasadora miała temu służyć?
Babcia: Nie wykluczyłabym tego. To jedna z cegiełek tej konstrukcji. Ważniejsze jest jednak coś innego.
Wnuczek: Co mianowicie?
Babcia: Samo już procedowanie ustawy „Anty 447 Just” przez Sejm sugerowałoby, że traktujemy tę amerykańską jak zgodną z prawem.
Wnuczek: No… Rzeczywiście.
Babcia: W tym właśnie tkwi szkopuł.
Wnuczek: Pułapka, w którą sami moglibyśmy wpaść.

KURTYNA

Etyka 21/2019 (412)

Komuniści mają w zwyczaju zmieniać znaczenie słów, o czym mogliśmy się przekonać niejednokrotnie. Zdążyliśmy się przyzwyczaić, że „tolerancja” oznacza podziw dla zboczeńców. Pedofilia bywa naganna albo przeciwnie – jest wyrazem postępu, zależnie od tego, kto ją uprawia.
Natomiast słowo „etyka”, podobnie jak „cnota”, wyszło z użycia i praktyki. Czy rzeczywiście etyka nie jest nam potrzebna? Prosty przykład – prosisz lekarza o jakąś fizykoterapię na bolący kręgosłup. „Nowoczesny” lekarz, pozbawiony etyki, jest przede wszystkim biznesmenem. Jeśli pracuje dla NFZ, to wie, że już zapłaciłeś, co musiałeś, i bez terapii możesz się obyć. Jeśli taki sam „nowoczesny” lekarz pracuje dla kliniki prywatnej, przepisze ci wszystko, czym zakład dysponuje, a jeśli ci to zaszkodzi, to tym lepiej, będziesz już dozgonnym pacjentem. Złoty środek nie istnieje, bo to wymagałoby etyki. Karykaturą zawodu lekarskiego jest niejaka Ewa Kopacz, bez względu na jej gruntowną wiedzę o dinozaurach, i tu komentarz jest chyba zbędny.
Strajk nauczycieli pokazał, że dla „nowoczesnego pedagoga” też liczy się wyłącznie mamona. W środowisku akademickim trwa walka na układy i granty, o etyce, jeśli ktoś słyszał, to lepiej, żeby się do tego nie przyznawał. Nadzwyczajna kasta prawnicza sędziów wykazuje się głębokim przywiązaniem do kasy, co zapewnia jej „należne” miejsce w korupcji.
Złoty cielec stał się bogiem dla wszystkich „wierzących inaczej”. Bez pieniędzy trudniej jest osiągać cele, a ci, którzy mają ich nadmiar, cierpią na brak pomysłu, jak je sensownie wydawać. Zastanówmy się co pożytecznego możemy zrobić bez pieniędzy.